Pewnego pięknego poranka Jerzy wstał rano i po ciężkim pijackim śnie przeciągnął się leniwie . Szybko poszedł do łazienki gdyż pełny pęcherz zaczynał mu ciążyć bardziej niż żelbetonowy kloc . Zadowolony z wypróżnienia zakończonego sukcesem Jerzy wybrał się w długą drogę do pomieszczenia stołowego , w którym znajduje się telewizor , i nie czekając zbyt długo wziął do ręki pilot . Gruby długo przerzucał kanały zanim natrafił na rzecz która rzeczywiście go trochę zainteresowała . Gładko przyczesana na bok pyzata cizia z wielką wczutą wykrzykiwała raz po raz : "zadzwoń teraz nasza wielka promocja potrwa jeszcze tylko trzy dni , kup nasz wspaniały grzebień do czesania trawy a w prezencie otrzymasz breloczek z kombajnem" . Ze 20 minut minęło zanim Jerzy zdecydował się zadzwonić i zamówić ustrojstwo . Był z siebie bardzo zadowolony . Postanowił zmienić nieco repertuar jaki serwowały mu telezakupy mango i przełączył kanał . Natrafił na program o czerwonej planecie , który bardzo go wciągnął gdyż jak wszyscy wiemy Jerzy jest kryptokosmitą , z utęsknieniem oczekującym na lądowanie spodka od filiżanki . Nagle żarówa zapłonęła mu z mocą co najmniej 100W ! Nadarza się jedyna w tym stuleciu okazja by móc pomachać ziomkom z tak bliskiej odległości. Nie minęło czasu mało wiele a Jerzy zakomunikował swoim ziemskim przyjaciołom że ot można by pójść pod Chojnik i poobserwować Marsa , skoro ten tak uprzejmie się do nas zbliżył . Pomyślałem , że idea ta aczkolwiek niezbyt światła jest dobra jak każda inna i zgodziłem się wziąć udział w tym przedsięwzięciu . W tym celu naszykowałem sobie ogromny trekingowy plecak , w którym znajdowało się całe mnóstwo rzeczy niezwykle przydatnych na ciężką górską wędrówkę i nocleg pod gołym niebem : śpiwór , polar , koszulka , karimata i discman . W pociągu za bardzo zasłuchałem się w rege i zapomniałem o całym Bożym świecie , przeoczyłem Sobieszów i pojechałem do Jelonki Centralnej , a w głębi serca byłem bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw ponieważ wiedziałem , że moja wyprawa staje się dzięki temu bardziej ekstremalna .Szybko pobiegłem na siódemkę i pomknąłem do Jureczka. Pragnę nadmienić , że nie skasowałem biletu !!! Dopiero kiedy zbliżałem się do domu Jureczka popatrzyłem na niebo i dostrzegłem , że jest całkowicie zachmurzone , w ogóle się tym jednak nie przejąłem gdyż jak już wcześniej wspomniałem rege wprawiło mnie w radość ducha , zresztą w plecaku miałem jeszcze pięć browarów . Zanim cała ekipa dotarła do Grubego , słuchaliśmy u niego mp-trójek i żarliśmy arbuza od czego strasznie rozbolały nas brzuchy .Ból tak strasznie wpływał na nasze żołądki że co chyżo pobiegliśmy do czynnego sklepu z wódką i kupiliśmy co trzeba żeby się nam szybko poprawiło . Gośka poleciała tez do domu i zajumała trochę ogórasów co by nam się dobrze wchłaniało . Kiedy wszyscy przytroczylismy sobie karimaty jak trzeba , został tylko jeden problem do rozwiązania : fafik Ciepłej , znany z udanych polowań na kaczki i doskonałego węchu brytan wytropił nas i wyglądało na to że nie odstąpi nas ani na krok , no ale trochę go postraszyliśmy ( sąsiadka Jureczka dostała zawału ) , więc oddalił się co chyżo . Nastroje od razu nam się poprawiły ponieważ wreszcie mogliśmy wyruszyć na naszą ekstremalną wyprawę na Montezumę czyli Chojnik . Zresztą jak zwał tak zwał. Ten niebagatelny , niebłahy najeżony niebezpieczeństwami szlak był odpowiednim wyzwaniem dla naszej wysokogórskiej ekipy wspinaczkowej .Pierwsze sto metrów drogi do lasu okazało się prawdziwą katorgą . Nie dość , że trzeba było wyjmować liny i zakładać raki przy zdobywaniu dziesięciu schodków znajdujących się zaraz za domem Jurasa to jeszcze prawie zgubiliśmy się przed wejściem do lasu . I tu zaczyna się najbardziej ekscytująca część naszej ekspedycji...Tuż po przekroczeniu linii wyznaczającej granicę lasu zgasła nam latarka !!!
W jednym momencie wszyscy chwyciliśmy się za ręce i drżąc ze strachu przed wilkiem i niedźwiedziem przekradaliśmy się przez niezmierzone połacie sobieszowskich lasów tzn. dokładnie ze 100 metrów . I nagle stał się cud ! Latarka znów oświetliła złowrogie knieje blaskiem nadziei . Byliśmy uratowani !! Wszyscy( jak jeden mąż ) podjęliśmy decyzję o natychmiastowym powrocie do bazy. Uznaliśmy że warunki atmosferyczne jak i biometeorologiczne są bardzo niekorzystne, poza tym niektórzy z nas zaczęli odczuwać skutki choroby wysokościowej , a nie posiadaliśmy na tyle wódki , żeby się porządnie wyleczyć .Droga powrotna była prawdziwym horrorem ,mrożącym krew w żyłach thrillerem erotycznym . Musieliśmy przecież wrócić w to samo miejsce ( zapomnieliśmy GPSu ) , w dodatku mieliśmy już w nogach sporo metrów co zaowocowało zakwasami i ogólnym zmęczeniem .Trzeba było oszczędzać baterie w latarce tak że włączaliśmy ja co pięć minut żeby zobaczyć czy nie atakuje nas dziki zwierz . Potknąłem się o kamień !!!
Kiedy dowlekliśmy się do bazy wszyscy byli tak potwornie wymizerowani i wycieńczeni , że nie starczało nam siły na nic innego jak tylko na picie wódki .Niestety tak strasznie się schlałem że nie mogę sobie przypomnieć zbyt wielu szczegółów z imprezy przy ognisku . Trzeźwieć zacząłem dopiero około trzeciej , ale pamiętam tylko tyle że Ciepła zaniemogła i trzeba było wzywać pomoc telefonicznie . Później zasnąłem ciężkim pijackim snem i w ten sposób zamknięte zostało magiczne koło , początek i koniec , koniec staje się początkiem a początek końcem ,dlatego istota egzystencjalizmu to obłęd , okrągły obłęd , zresztą nie chce mi się już pisać . (Dobrze że udało się wrzucić trochę filozofii ).
FINE
Copyright © WacCorp.