Ahoj! Z okazji jutrzejszej wiele obiecującej wyprawy asymilacyjnej rozpoczynam pisanie artykułu. Spowodowane jest to tym, że po powrocie mogę już nie pamiętać wydarzeń ostatnich kilku miesięcy. Odczuć takich doznałem po wizytacji ekipy (Łużniak, Alpi,Wilq), która to specjalnie dla nas przecierała szlak nach AKT und zuruck. Zacznijmy od początku:
I
KONCERT! (07.II.2004)
Konkretnie to koncert zespołu 'Lords' z doskonałą wokalistką Malwinką - Psycholożką i gościnnym udziałem dawnej frontmenki (a może frontgerl?) Moniki - Socjolożki. Koncert odbywał się w Sobieszowie - jeleniogórskim centrum spotkań cyganerii artystycznej. Pająk a.k.a. Harry z Tybetu (uczestnik kilku wypraw) i założyciel "Lords" szył na gitarze jak zawodowa szwaczka. W czasie jednej z przerw krótki pokaz dał nowopowstały zespół "Cie - Lucky Luke" (Łasice piszczały jak szalone) w składzie Wacenty - informatolog (gitara), Kanguros - los robotykos (gary) i ja - Odrowąż - ekonomister (bas). Oczywiście wielkie podziękowania należą się Scotiemu, który druty i kable trzymał tak, że wszystko jakoś działało.
II
WIZYTACJA! (08.II.2004)
Następnego dnia odwiedziła mnie ekipa, która zeszła za AKTu. Jak tylko zobaczyli pierogi u mnie w kuchni, usłyszałem jęk i jeden z zawodowców dokonał taktycznego odwrotu w kierunku przybytku radości, jakim jest WC. Jak wynikało z ich opowieści jedli z ręki Yamamoto fiordy czy jakoś tak, aha i pierogi też! Ratowniczy - Wilq przydał im się w składzie, bo rano faktycznie potrzebowali ratunku, a może trza było ukatrupić i skrócić ich męczarnie? Pokrzepionych herbatą i chlebem ze smalcem, wysłałem z czystym sumieniem, w dalszą wielce niebezpieczną i ryzykowną wyprawę do autobusu linii 7.
III
DREVNI KOCUR! (10.II.2004)
czyli wyprawa na pola "Złotych kłosów"
Standardzik - Pejs, Szklarska, koncert życzeń, wysoko to? Daleko to? Musimy tyle iść? A czemu tak szybko? Aż...:
- O rany! Patrzcie! prawdziwy Wałach (ro)zrywkowy! - Jak się okazało hip hop trafił pod strzechy - nawet główny sterujący wałachem krzyczał doń yo! yo! yo! Konie też słuchają HH?
Guzik za to ścigała w tym czasie trenujących biegaczy z kijkiem w dłoni - bili rekordy życiowe, solidna motywacja czyni cuda :) Do Trzech Jaworów wyprawa się rozkręcała. Na miejscu okazało, że Jawory wycieli :p to ten wałach pewnie je zrywał. Malwinka uprawiała jazdę figurową na... glanach, dobrze jej to szło! Potrójny Tullup to pestka przy jej wyczynach. W czasie postoju na herbatkę dowiedziałem się, że Guzik jest jedynym PZN-owcem w naszej ekipie i nawet ma legitymację! Co za szczęście! Już nie musze się bać! Wszyscy pokrzepieni ta informacją ruszyliśmy dalej. Od II Drogi Sudeckiej zaczęła się zabawa w morzu... śniegu. To nic! My nie damy rady? I wszystko byłoby ok. tylko Drevni Kocury ciągle osypywały nas z góry białym szaleństwem. Malwinkę sobie upodobały najbardziej. Chwilami obawiałem się o swoje życie, bo dziewczynom zaczynały latać w oczach te... no wiecie kurwiki, a z każdą następną górką były większe ( te kurwiki).
Uff! Dotarliśmy! W chacie siedział Yamamoto, Dziad Karol, Bogusia, Paweł i Tomek (ten kumpel Łużniaka, nasz już też. To był już drugi PZN-owiec w naszej ekipie). Herbata (mniam), suszenie itp. przebiegały bezproblemowo. Łużyn - ekonomister, niewiadomo skąd, pojawił się. Nasze Łasice nawet coś do wszamania zrobiły. Po kolacyjce zaatakowaliśmy bronksy i "Złote kłosy". Los Łużniakos wykręcał się kacem pozostałym po weekendowych pierogach (podejrzane, co?). Na półmetku wieczoru postanowiliśmy z Kangurosem zorganizować jakieś kanapencje. W czasie prac ręcznych Kangurosa zmienił Łużyn. Od razu skombinował poślizg marki "Bambino" (tłusty z witaminą A) od Guzika. Ta specjalną kanapkę upolował sobie Australijczyk. Po tej akcji prędkość spożycia spadła. Podejrzliwość dominowała na twarzach odbiorców. Ostatecznie kanapkę wszamaliśmy wspólnie każdy po gryzie. Śpiewaliśmy, że łooooj!! Małe świeże jeżozwierze, Karol nauczył nas kilka kawałków. Tak właściwie zakończył się pierwszy dzień wyprawy. Zmęczeni po solidnej trasie i solidnym wieczorku pozasypialiśmy z rogalami na mordkach.
IV
KUCIUŚ KUCIUŚ! (11 i 12.II.2004)
Poranek na górze w sypialni był rześki i nie zachęcał do wyściubienia nosa poza śpiworek. W końcu jednak trzeba było ruszyć 4 litery, wysłać gołębia pocztowego z zamówieniem do Anki i Wacka (weźcie % 2x "Złt. Kłs".). Guzik zaoferowała się, że pozmywa po wczorajszej imprze. My zaś zasiedliśmy do stołu i zaczęliśmy grać w kości. Niezawodnym zaklęciem na dobre wyniki okazało się 'Kuciuś Kuciuś'. Rozgrywka była bardzo wciągająca. Jednakże mnie i Kangura bardziej wciągnęło robienie śniadania. Los Łużniakos w obawie przed zemstą Drevni Kocurów, pobieranie pokarmu poprzedzał dokładnym studiowaniem każdej z kanapek, na wypadek występowania jakiegoś gratisa. Jednocześnie poddany ciężkiej próbie został profesjonalizm Guzika w dziedzinie fotografii pytaniem, co to jest jasność obiektywu.
Malwina, Monika i Łużyn postanowili zejść do domu. Może nie mogli już znieść stresów związanych z jedzeniem kanapek? W kości najlepszym wymiataczem został Paweł. Bogusia z Pawłem puścili przodem asymilantów, aby przetarli im szlak na dół. Obiecali mi, że jakby, co to odkopią przecieraczy. Ja zaś wyskoczyłem na spacer po drewno. Wróciwszy zastałem pozostałych asymilantów grających w "Scrabble". Guzik stworzyła nowe słowo w wołaczu: "Sterydo", to taka feministyczna wersja Steryda co? Kanguros wisi mi 5 zł za Kiełbie i to wcale nie we łbie. Wygrała Guzik mimo naszych usilnych starań (to wszystko przez to Sterydo!) W nagrodę wybraliśmy się na wiatrołom zażyć widoków i świeżego powietrza. Powietrze było, ale widoków niet. Za to widoki miał Karol, ale o tym później. Na wiatrołomie śniegu full. Kicaliśmy jak "Drevni Kocury" zostało też kilka orzełków. Zmarznięci wróciliśmy do chatki złapać trochę ciepła. Guzik postanowiła po burżujsku się wykąpać w drewutni. Chlupu chlupu chlastu chlastu nie mam...itd. aż ją odwiedził Karol w poszukiwaniu sanek... dziwne, ale nie chciała się z nim wybrać.
Dobrze zrobiła, bo Yamamoto przygotował świetna zupę fasolową na obiad. Pyszna gęstwina wzmocniła nas po wcześniejszych szaleństwach. Nieco później Tomek rąbał dziarsko w drewutni, aż siekiery nie zaklinował w pniaczku. Z pomocą przyszedł mu Karol, dobrze, że żaden nie został tam z siekierą w czaszce. Chociaż opatrywanie takiej rany, dla mnie, to mogłoby być wyzwanie nie lada. Ok. 19 przyszło info od Anki i Wacentego, że piją maślankę i wcale im się do nas nie spieszy. W obawie, żeby nie zaczęli pacyfikować czegoś innego, zorganizowaliśmy szybką akcję poszukiwawczą. Dyżurna Łasica - Guzik "czysta i pachnąca" (jak to sama określiła) miała spore obiekcje. Po kilku chwilach nasza ekipa 2x PZN-owcy (super!) i 2x ASY-milanci ruszyła w dół ku "Złotym Kłosom". Po świeżym śniegu zasuwało się kapitalnie. Miękkie upadki w puch przynosiły tylko radochę. Pod Golgotą zobaczyliśmy smugę światła - to poszukiwani. Nastraszymy ich! - pomysł był świetny. Gdy byli już blisko zadzwonił mój telefon - to Anka. O mały włos nas nie usłyszeli. Powitaliśmy ich dziarskim łaaaaaa! Mało się nie posikali. My zresztą tez, ale ze śmiechu. Wejście na górę okazało się łatwe z myślą o wnoszonym ładunku. Anka jak zwykle rozbiła sobie kolano. Za to mogłem się popisać umiejętnościami ratowniczymi (dzięki Łasico!)
Do chatki od zawracalni doszła też nowa ekipa z jelonki. Kolację robiła Anka przy mojej skromnej pomocy. Jak postawiłem talerze z kanapkami biedny Wacenty ( ta Anka to go chyba w ogóle nie karmi) capnął jedną, przez co ochotniczo zgłosił się na zmywacza. Tym wydarzeniem, a może przez osobowość Anki czujność zjadaczy zmalała do zera. Pierwszym trafionym był Tomek. Soda oczyszczona oczyściła go ze złudzeń, że można ufać Łasicom. Impreza się rozkręciła i trwała, aż do ciszy nocnej - jak ja ją lubię (ogłaszać!). Poranek był bardzo leniwy. Z Kangurosem kopsneliśmy się po wodę. Tomek nam za to zrobił czojsy. Ja trafiłem na "Kaczkową" z ekstraktem z żółtej kaczki albo kanarka. Okazało się, że zupki chińskie, co nie smakują jak chińskie nie są z Radomia, a prosto z Vietnamu. Robią je ze wściekłych uciekających kurczaków. Tomek miał "Kurczakową" o innym składzie energetycznym, chociaż smakowały identycznie i wcale nie po chińsku. Zmywacz pozmywał i ruszyliśmy na dół do domów. Miałem zadanie bojowe zanieść list do Jagniątkowa wywiązałem się doskonale. Na przystanku został Wacenty z Australijczykiem zaprezentowali sposób na szybkie rozgrzewanie dłoni stosowany przez prof. Dobrowolskiego.
I tyle. Po Czesku: KONEC
Czas na pozdrowienia: dla wszystkich tych co byli lub chcieli być, dla Drevni Kocurów, dla ekstraktowanych kurczaków. Odrowąż a.k.a PanTerka