Totalna Asymilacja Home Kontakt Ankieta
Menu

tri.JPG Home
tri.JPG Artykuły
tri.JPG Chatki
tri.JPG Galerie
tri.JPG Tapety
tri.JPG Linki
tri.JPG WebCamy
tri.JPG Wyprawy
tri.JPG Trasy
tri.JPG Koszulki
tri.JPG Forum
tri.JPG Księga Gości
tri.JPG FAQ

Sonda

Najczęściej na stronie TA odwiedzam:

Artykuły
Chatki
Galerie
Księgę Gości
Linki
WebCamy
Forum
Inne



Zobacz wyniki

Karkonoska_Grupa_GOPR
PTTK
 

arrow.jpg Góra strony arrow.jpg

.: II URODZINY TOTALNEJ ASYMILACJI

II URODZINY TOTALNEJ ASYMILACJI

CHWYTAJ DZIEŃ Z SAMEGO RANA, TZN. CARPE DIEM, CZYLI CIEPŁA WÓDKA NA TRASIE - TEKST BLIŻEJ NIEOKREŚLONEGO GATUNKU, O TYM JAK ASYMILACJA ŚWIĘTOWAŁA SWOJE DRUGIE URODZINY.

Osoby dramatu (uczestnicy wyprawy):

Kangur - Michał O.
YESik - Adrian Ż.
f. - Joanna B.
Siła - Katarzyna S.
Monika - Monika K.
Adaś - Adam. Ł.
Efka - Ewelina K.
Kuba - Jakub G.
Piotrek - Piotr B.
Jo - Joanna B.
Ewa - Ewa P.
Guzik - Marta J.
Wacek - Wacław W.
Gośka - Małgorzata C.
Anka - Anna P.
Kaśka - Katarzyna K.
Dorota - Dorota M.
Aneta - Aneta

Akt I, Scena 1

Któregoś pięknego dnia (powiedzmy że był to czerwiec Anno Domini 2003), dzielnica Zatorze, uroczy różowy przedwojenny domek, pokój o żółtych ścianach:

f:
Kangurku, zbliżają się urodziny Totalnej! Co robimy? Gdzie idziemy?

KANGUR:
Masz zupełną rację Asiu, toż to lada dzień! Czy pamiętasz może zeszłoroczny Rajd Norwidowski? Może wyskoczymy w Rudawy?

f:
Tak, tak! Smaczny pomysł! Nocleg w ruinach zamku, spacer przez dzikie polskie wsie i pola, ogniska, przygody... Ah!

Po wielu dyskusjach na parkowym Widoku, w Ś.P. knajpie Pod Złotym Łukiem, na ogniskach i forum asymilacyjnej stronki - pomysł został zaakceptowany. Kolejna rocznica działalności imprezowo-turystycznej organizacji Totalna Asymilacja, przy pełnej aprobacie kierownictwa, stałych uczestników wypraw oraz garstki debiutantów, odbyła się w scenerii dla większości uczestników niecodziennej. Dużo by można pisać o smyrających nagie łydki trawach na bezkresnym morzu łąk i polanek, ostrych szponach na krzakach słodkich malin, palącym słońcu, czy schizowizjach wysmarowanych "fluorescencyjnym czymś" tymczasowych mieszkanek zamczyska... Postaram się skumulować te wszystkie emocje ku wiecznej pamiątce i przypomnieniu sobie oraz Wam tej wyjątkowej wyprawy.

Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta moje słowa (wypowiedziane wątpliwej jakości głosem drugiego dnia naszej przewspaniałej wycieczki), że ewentualny artykuł opowiadający o tym co wyprawialiśmy, napisze w formie dramatu. Cóż, ja o dziwo pamiętam. Niechaj gniewa się na mnie Arystoteles i inny Boileaou (ha! czy słyszycie manierę iście polonistce przystałą?), tworzę oto mój własny pseudodramat w formie dygresyjno-opisowej (z naciskiem na opis) Dziełem tym składam hołd wszystkim dobrym ludziom rudawskich kotlin i pagórków, mieszkańcom miasta "zmęczonego jak ja", a także czeskiej scenie muzyki w klimacie wampirów i nietoperzy, oraz Polskim Kolejom Liniowym, za to że wspiera rozwój młodych niezależnych artystów w tworzeniu happeningów, tzn. Prezentacji.

Akt II, Scena 1:

Szary, smutny poranek 18 lipca 2003 roku. W pokojach Asymilantów rozbrzmiewają sygnały komórkowych smsów - ważą się losy wyprawy, która z obawy na niedogodne warunki atmosferyczne, być może zostanie przełożona. Ciągle świeże wspomnienia o pierwszej wyprawie i zmaganiach z zapłakanym niebem zostają jednak odsunięte na bok. Szefostwo mów "tak" - zbiórka o 8:00 pod cieplicką Romą aktualna!

Jako ostatni na umówione miejsce przybywamy Efka, Kuba i ja (ta co każdemu kazała być punktualnie...). Odbywają się skromne zakupy i... dalej jazda!

KANGUR:
Proszę załogi, wyruszamy!

SIŁA:
Kangurze, Kangurze, zabierz na swe plecy jeszcze jeden dom! Błagam!

KANGUR:
Siła... No wiesz... No dobra...

Westchnienia, sapania, plany kolejnych zakupów w wiejskich sklepikach. Doczepienie bułek do zapakowanego plecaka Adriana Ż.- TA wyruszyła na szlak! Miało nie być żadnego marudzenia i przystanków pod każdym sklepikiem. Miało nie być przedwczesnych imprezek, podziałów naszej poważnej (początkowo 15 osobowej ekipy) i temu podobnych atrakcji... Ale jak to na wyprawach grup niby-zorganizowanych bywa...

Scena 2:

Staniszów. Sklep spożywczo-monopolowy typu PRL:

MONIKA:
Zero pięć.

f.
Zero siedem!

DOROTA:
Zero siedem!

MONIKA:
Może potem?

Właścicielka obskurnego sklepu była z nas z pewnością zadowolona. Z resztą jak cały uroczy Staniszów. Towarzystwo wypoczęło na autobusowym przystanku po pierwszych "poważnych" wzniesieniach (przebytych przez niektórych "szlakiem Pilsner Urquell"). Skończyła się asfaltowa nawierzchnia - leśną ścieżką ruszyliśmy w stronę zamkowej noclegowni.

Na całe szczęście pogoda okazała się łaskawą. Ani nie padało, ani nie prażyło niemiłosiernie. Wędrowało się cudnie, rześko i przyjemnie. Co niektórzy nawiązywali nowe mniej i bardziej śmiałe kontakty ze współtowarzyszami podróży. Snuły się plany o tym jak to cudownie było, jest i jakże jeszcze lepiej będzie. Obgadywaliśmy tych co z nam nie ma, a być powinni. Wymieniliśmy poglądy o ważnych zmianach, które zaszły w naszych życiorysach. Przebijając się przez różne trawska i wymrocza, dotarliśmy do kolejnej dodającej skrzydeł przystani.

Scena 3:

YESik:
Dziewczyny! Zróbcie z siebie tilaw!

I dziewczyny zrobiły z siebie tilaw. Oprócz tego masę innych mniej i bardziej dziwnych pozycji, szczególnie wtedy, gdy odkryły, że oblazły je wielkie krwiożercze mrówki. Kangur marudził, że niesie na sobie nie jak zwykle dwa śpiwory (dorobiłam się w końcu plecaka!) a dwa "domy", Guzik strzelał fotki, Joes Power wymieniał się mocą. Wszyscy wysyłali słodkie uśmiechy - asymilacyjna sielanka, która trwała i trwała przez całe 25 kilometrów.

Z ważnych punktów wędrówki wspomnieć by można o przystanku na rozstaju dróg i wspólnym odczycie interesującego magazynu typu "Detektyw", czy bez wątpienia niezwykłym odpoczynku w samym Domu Pana, tzn. pod kościołem mijanej wsi. Jako kulturalna i wykształcona młodzież przeprowadziliśmy konwersację z niemiecką "emeryten reise grupe" - ciekawe czy spodobał się im tekst "essen Sie meine sch**"... Adrian strzelił pamiątkową fotkę puszcze Żywca pod kolumną - stylu nie pamiętam jakiego, i spragnieni kolejnego przystanku pod sklepem, zarzuciliśmy tymczasowe domy na plecy i w drogę!

Scena 4:

Łąka...

YESik:
Ej wy! Wracać! Wracać mówię! Idziemy tędy!!!

I TA łamiąc kolejny zapewne już przepis, powędrowała skrótem mijając znak "Wstęp wzbroniony. Teren prywatny" A, co tam! Ważne, że droga prowadziła wprost pod kolejny uroczy wiejski sklepik.

Scena 5:

Żulenie się pod sklepem - w pełnym tego słowa znaczeniu.

SIŁA:
Co Ty pijesz?

ADAŚ:
Piwko! Zachodnie Mocne! (I tu me skromne talenta nie są w stanie opisać gestykulacji, mimiki i całej adasiowej gry, jaka towarzyszyła wypowiadaniu tych słów... Sami wiecie o czym mówię!)

W sklepie:

MONIKA:
Zero pięć?

f:
Zero siedem?

DOROTA:
Zero siedem!

Pod sklepem Jo, Ewa i Guzik jak prawdziwe damy rozłożone na karimatce, niczym na sofie w wersalskim salonie, zażywały wiejskich klimatów, prowadząc konwersacje jak na Asymilantki przystało (czyli jakie? Lepiej pewnie nie wiedzieć...) Reszta watahy mniej subtelnie, rozkoszowała się chwilą wytchnienia na cementowym krawężniku (tu pozwolę sobie na brak dygresyji... chociaż, czemu mam sobie nie ulżyć?... na cementowym krawężniku, niczym plejada Muz na alabastrowych balustradach Parnasu...). Miedzy plecakami biegał mały zdemoralizowanym chłopiec z hokeistą na sweterku (zdolną ma synek Mamuśkę, ewentualnie hojną ciocię w USA). Napisałam "zdemoralizowany", bo zapewne po spędzeniu tych paru krótkich chwil w AA...asymilacyjnym gronie, takowym pozostał (poor child). Plecaki w jakiś tajemniczy sposób stały się cięższe - cóż, uroki biwakowania!

Czas jednak mijał i jakaś mądra postać rzuciła hasłem wymarszu.

Nie byłaby Totalna Totalną, gdyby po drodze nie nastąpił mały rozłam. Są pewne postacie w naszych szeregach - teraz bezczelnie wymienię winowajców, a są nimi Adrian, Adaś, Kangusek i Siła, którzy widocznie w niewystarczający sposób nacieszyli się wiejskimi klimatami i po drodze zaczepili o knajpeczkę. A skutki tej niesubordynacji były poważne. Spowodowali, że mniej zorientowana na mapie część brygady, nadłożyła drogi zahaczając o Szwajcarkę (Twierdzą, że nie żałują zupełnie, ale pewnie po podobnym wybryku, też wymyśliłabym takową bajkę...)

Na skrzyżowaniu dróg, kiedy cel wyprawy był już w zasadzie widoczny i wyczuwalny siódmym zmysłem, podczas oczekiwania na grupę ambitnych szwajcarkowiczów, niektórym chłopcom i dziewczynkom zachciało się sztucznych fioletowych oczków, i czego potwierdzenie macie na fotkach, sporządzili sobie takowe.

W zasadzie nie można narzekać na pierwszy dzień wyprawy po względem wysiłkowym... aż do sympatycznego podejścia pod sam zamek. Dwadzieścia parę kilometrów przez łąki wydało się niczym - w porównaniu z tym paskudnym wzniesieniem. Pot lał się strumieniami, przekleństwa przeskakiwały z ust do ust, nadzieja... tylko ona pozwoliła przetrwać. Nadzieja na niewątpliwie ciekawy wieczór...

Scena 6:

W "drzwiach" zamczyska powitała nas nalewka i donośny okrzyk:

GOŚKA:
Ooo, jesteście! Co tak długo? My tutaj już parę godzin na was czekamy!!!

TA (ta część, co właśnie dotarła):
... (Interpretuj to Drogi Czytelniku dowolnie...)
Akt II, Scena 1:

Po niemałym i smakowitym szamanku - pancernikach, kotletach, super sandłiczach i czojsach, ugotowanym na prawdziwej niebieskiej turystycznej kuchni Adasia, pracowita część ekipy zabrała się za tworzenie z "kokonów" naszych nowych domków do spania - tzn. do rozbijania namiotów. Przywędrowało drewno na ognisko (oczywiście nie na własnych a na Kangurowych nóżkach), a jakiś tajemniczy Don Pedro, zakomunikował, że w nocy przyjdzie na zamek jakaś czterdziestka dzieciaków (sic!)!!! Wraz z przyjemną szarówką, przyszła i wyczekiwana gitarra - oprócz niej jeszcze Anka, Aneta i Wacław! Byliśmy w komplecie!!!

***
Podobno pisarz nie możne sobie pozwolić na niespójność globalną tekstu (tak przy okazji dodam dla zainteresowanych, że fachowcy nazywają to koherencją). Wewnętrzne mieszanie gatunków też nie jest chyba mile widziane.... Cóż, ja sobie pozwolę! Mój dramat będzie wyjątkowo "dramatyczny", bo przestanie być samym sobą w kulminacyjnym punkcie! I już!!!
***

A wracając do wieczornego melanżu...
Dzieci radośnie usiadły wokół ogniska (rozpalonego dzięki survivalowym umiejętnością naszych dzielnych chłopców), zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki. Jako prawdziwi miłośnicy przyrody - nigdzie nie pluły, a zabrały się za wyczekiwaną czynność: prawdziwy relaks. I jakże opisać tamten wieczór, by choć w małym procencie pokazać Tobie Czytelniku klimat owego miejsca? Ciepło ogniska, zimne mury budowli, która pamięta czasy rycerskiej turniejów, niebo najeżone świetlistymi punktami, bruderszafty, czułości i słowicze głosy naszego szemranego towarzystwa. Nie zabrakło ani Kinga, ani poruszającej wersji "Chciałbym umrzeć z miłości" w wykonaniu Wacława W. Biesiada trwała w najlepsze: żadnej pustki w głowach, żadnego marudzenia. Tu pozwolę sobie na odrobinę patetycznego "banałowania": dla takich chwil naprawdę warto żyć!!! Nocne igraszki wcale nie traciły na intensywności. Niecne czyny Asymilantów dokumentował pstrykający co chwilę aparat (nie ma jak flesz w przyzwyczajone do ciemności oczy); i tak Efka, Jo i Ewa nie zaprzeczą, że bezwstydnie leżąc na karimacie (ukradniętej Kangurowi, który w ramach prawdziwej szczodrości, sam siedział na ziemi) pokazywały pewną część swojego ciała!!! Turlanie się po „podłodze”, tańce, przytulańce, prawdziwie akrobatyczne sztuki, popisy wokalne i zaaranżowany układ choreograficzny przy wykonaniu "Bystrej wody"... My God, tam się chyba działo wszystko.

O północy nadeszła wyczekiwana atrakcja: grupa rozwrzeszczanych bachorów, którym opiekunowie zaserwowali na zakończenie kolonii, nocny rajd po lesie i ognisko w ruinach zamczyska. Od razu porwaliśmy się do czynów społecznych, ofiarując swoje usługi w zakresie straszenia wchodzących małymi grupkami na dziedziniec dzieciarów. I nie wiem czy nie mniej bolałoby mnie, gdyby dzieciaki choć raz przestraszyły się mojego zawodzącego "Buuu!!!" zza skały. Ta dzisiejsza młodzież – nic już ich nie rusza! Śmiali się nam bezczelnie w twarz, lekce sobie ważąc nasze bezskuteczne pseudoupiorne procesy. Opiekunowi okazali się bardziej przyjacielscy: nie dość ze zachowywali się taktownie prowadząc z nami różnego rodzaju dysputy (tematyki zapewne egzystencjalnej), to na koniec wynagrodzili nasze starania ofiarowując Gośce święcącą w ciemności laskę zielonej mazi. A co najlepsze, okazało się, że któryś z nich coś o Totalnej gdzieś tam słyszał!!!

Kiedy koloniści opuścili ku naszej radości zajmowaną komnatę, zostawiając cały zamek, do naszej dyspozycji, zabawa przybrała zgoła innej formy: dziewczyny wpadły na pomysł, że przecież święcące cudo można rozwalić, a znajdującą się wewnątrz mazią posmarować sobie buźki i samemu rozpraszać nocne ciemności. No, zabawa była przednia - teraz to dopiero mogliśmy straszyć! Ale nie byłoby to może zdarzenie godne opisania, gdyby nie skończyło się tragicznie. Zielone coś zaczęło włazić do oka - a to bolało bardzo. Och, bardzo bardzo! Umyć się nie było gdzie - złażenie z wysokiej góry w nieważkim stanie na szczęście nie przyszło nikomu do głowy. I poszliśmy lulu.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.

Lipcowe słoneczko wywaliło nas z nagrzanych namiotów bardzo szybko. Poranna toaleta (i śmigus dyngus nad strumykiem), śniadanie, sprzątanie, pakowanie i wymarsz... Przed tym jeszcze coś na wzmocnienie, czyli ciepła wódka o poranku (carpe diem człowieku!) Ale, czy już nie wspominałam, że Totalna Totalną by nie była, gdyby zawsze nie znajdywała się grupa ludzi "chcących inaczej"? Podczas gdy część zgodziła się na wymarsz w kierunku kolejnego miejsca noclegowania (do przejścia bagatela 20 km rudawskich szlaków), Siła, Adaś i Adrian postanowili wybrać się do Janowic Wielkich na basen(niemieccy turyści :P)! Jak się potem okazało w basenie pływał chleb i wcale fajnie nie było! Z grupy wykruszyło się jeszcze parę osób a najliczniejszy squat opuścił bolczowskie zamczysko.

Droga była długa i daleka. Górki, pagórki, lasy, Skalne Bramy, Wołek (878 m. n. p. m.) - powiedzmy, że zaliczony, Skalnik 945 m. n. p. m, chwilowe rozstanie części grupy, która skręciła w złą ścieżkę, "zagloniona" woda ze strumyka, jagodowe buźki i zmęczenie przybierające na sile wraz z kolejnym kilometrem. Kiedy byliśmy już prawie u celu, obleciał nas strach: "Czy uda nam się gdzieś na wiosce znaleźć otwarty sklep?!?" Chwila grozy nie trwała jednak długo. Powłócząc nogami zauważyliśmy na kolejnym wzniesieniu zapomnianą już cywilizacje – domek pewnego Pana, który okazał się iście złotym człowiekiem. Jak się potem przekonaliśmy, dobrych ludzi w janowickich okolicach nie brakuje! Nasz dobrodziej uświadomił nas, że do najbliższego sklepu jest parę dobrych kilometrów, a widząc nasze tragiczne miny (pewnie gorszych nie mieli astronauci Apollo 13, kiedy im rakieta wysiadła...), zaoferował, że zabierze kogoś z nas (samochodem!!!) na zakupy! Sporządziliśmy szybko "krótką" listę zakupów, składającą się w większości z podobnych artykułów - zestaw ów nazwany został „Zestawem Australii”, a zawierał nic innego jak: piwo, snikersa i wodę. Do pojazdu Dobrego Człowieka wsiadła brygada zakupowa - Kuba i Gośka, którzy po niedługim czasie zostali dowiezieni pod samiusieńki Czartak. Cóż, realizacja naszej listy chyba co nieco obciążyła auto brodatego altruisty: było tego parę zgrzewek i kartonów. Podziękowaliśmy Wybawcy jak tylko mogliśmy najpiękniej - łapówki absolutnie nie chciał żadnej (i mam nadzieję, ze i my, kiedy już cudne młodzieńcze buźki pokryją zmarszczki, nie zawahamy się pomóc grupie podobnych asymilantów przyrody...) Pod Czartakiem, na małej łączce, gdzie pozwolono nam rozbić namioty, każdy zajmował się przygotowaniem naszego przyszłego obozowiska. Podczas gdy kasjerzy i księgowi zajmowali się rozliczeniem, pracownicy budowlani rozkładali zawiłe konstrukcje naszych domów typu iglo. Przyszła i pora na kolację, totalne lenistwo w wieczornym słońcu oraz wewnętrzne przygotowania na zaplanowane ognisko. Poza jednym namiotem jakichś dwóch warszawskich osobników (z których jeden, jak się później okaże, stanie się centralną postacią nocnego biwakowania...), byliśmy sami. Pierwsze "Psss...", gitarrowe dźwięki, nasze cudne głosy, parę wypadków, kiedy w ciemności schodziliśmy z małej górki na miejsce ogniskowania, i jak to bywa – coraz bardziej rozluźniona i frywolna atmosfera. Górską ciszę przerywały piski i odgłosy różnych straszliwych piosenek, np. oryginalnego wykonania „Nosferatu is back” przez Piotrka (który od tego momentu zwany jest Nosferatem właśnie). W przypływie braterskich uczuć zaprosiliśmy jednego z współbiwakowiczów na nasze ognisko (i chwała tutaj dobremu wychowaniu – ukłon w stronę rodzicielek...). Warszawiak nic sobie nie robiąc z wyśpiewywanej przez nas „Marchewki w butonierce” (dla niewtajemniczonych dodam że stamtąd pochodzi pewien niechlubny cytat „żyję tylko po to by *** warszawiaków”), okazał się drugim z dobroczyńców na szlaku naszej wędrówki, którego zwać będziemy aż po kres "Warszawskim Plonem". Stołeczny przyjaciel podzielił się z nami swym niebywałym poczuciem humoru – a przyznać mu trzeba, że ma chłopak gest: dobrym słowem obdzielił cała ferajnę około piętnastu osób! Poczęliśmy snuć dymne metafory o zielonych krainach i wyczuwalnym smaku, który frunął wraz z ogarniającą nas radością ku niebiosom (yeah!) Doszły do głosu w tym momencie największe uzdolnienia Totalnych pomysłodawców: i tak, pozwalając sobie na odrobinę kpiny z mających swoje domostwo w niedalekiej odległości Hary Kryszna, Adaś, Kuba i paru innych zgłodniałych Asymilantów, stworzyli coś na kształt połączenia McDonaldsa ze wspomnianymi Krysznowcami. Zdrowe żarcie, które jak zapowiedzieli, podbije kiedyś gastronomiczne rynki całego świata, posegregowali od razu w odpowiedni zestawy: McKryszna, Kryszna Hut, czy równie wyrafinowany Wieś-Krysznak (być może ten ostatni wyimaginowałam sobie sama...). Fantazji naszym kolegom jak wiadomo nie brakuje. Dokładnie już nie pamiętam w jakich okolicznościach, poczęli snuć opowieści o przygodach nieustraszonego tria: Alojzego Bombla, Jamesa Bondesa i Dżejmsa Kleksa. W ten oto sposób zakończył się uroczy wieczór, którego ciszę przerywały spazmatyczne śmiechy, płacze i bogowie wiedzą co więcej...

I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.
Poranek trzeciego, ostatniego już dnia wyprawy: kolejki pod lodowaty prysznic w schronisku (burżuje :P), śniadanka, pakowanie i temu podobne czynności. Plan powrotu obejmował następujące punkty: wyruszyć mieliśmy rzecz jasna spod Czartaku, minąć Wielką Kopę (871 m n.p.m.), zachwycić się nad Kolorowymi Jeziorkami, i przez urocze Wieściszowice dojść do Marciszowa i dalej na pociąg, który zawiezie nas do Jeleniej Góry. I tu pochwała dla naszej wytrwałości - cała 13 kilometrowa trasa została pokonana! Znów zielone łąki, uroczyska i przecudne wprost okolice tej tak mało popularnej części naszej kotliny.

Dzika wędrówka obfitowała jak zwykle w „atrakcje” mniej oczekiwane, np. warkot spalinowego silnika nad Kolorowymi Jeziorkami, czy setki niedzielnych turystów z bandą rozwrzeszczanych bachorów, pluskających się w kolorowej wodzie tego baśniowego miejsca (coś mieliśmy pecha do tych istot podczas wyprawy...). Dodać do tego muszę budki z hot-dogami wątpliwej świeżości - istny hajde park! Nie zamierzaliśmy jednak popsuć sobie tym faktem humorów. Kiedy schodziliśmy w kierunku cywilizacji, któryś z szanownych kolegów wpadł na pomysł zorganizowania wodnej bitwy - w ruch poszły cenne zapasy wody. Panny piszczały w niebogłosy, chłopcy bezlitośnie atakowali kolejną porcją zimnej górskiej H2O. I mimo, że wędrówka dobiegała końca, panowało ogólne rozluźnienie i powszechna wesołość. Żeby tradycji stało się zadość, nie zapomnieliśmy odwiedzić wiejskiego sklepiku, który wyłonił nam się zza rogu. Wszyscy jak nienażarte lwy i lamparty, rzucili się na słodkości i innego rodzaju rozweselające asortymenta...

Droga biegła już tylko w dół, wprost na wątpliwego uroku stację PKP. Niektórym z Asymilantów słoneczko dopiekło wyjątkowo i sporządzili sobie jako ochronę eleganckie kapelusze... z rosnących przy drodze chwastów! Dotarliśmy do stacji, gdzie na pociąg nie przyszło nam czekać długo. Co przezorniejsi poszli po bilety do kasy, podczas gdy reszta rozbestwiona wylegiwała się na betonowym dworcu. Pozostawiliśmy po sobie jedną wiekopomną pamiątkę - wosk ze stopionych kolorowych świeczek, które miały być zapalone na urodzinowym torcie. Cóż, tortu nie było, ale za to dworzec wygląda zdecydowanie ciekawiej...

W pociągu spotkała nas bardzo niemiła przygoda, która niektórym zdołała bardzo popsuć humor. Chyba dla równowagi - żebyśmy sobie nie pomyśleli, że na świecie istnieją sami dobrzy ludzie, w pancernym pociągu podszedł do nas konduktor PKP, który zaprzeczeniem braterskiej miłości był aż nadto. Jak się okazało, do biletów kupionych na pokładzie, obowiązuje stu procentowa dopłata. I na nic zdały się nasze smutne oczy, grzeczne prośby a nawet i nieco wulgarne epitety. Bardzo niemiły pan kazał nam za te zaledwie 20 km zapłacić po 6 okrągłych polskich dolarów. Byliśmy bardzo źli. Oh, jak bardzo! Ponury nastrój szybko jednak został rozwiany, kiedy grupa superbohaterów: Dżejmsów, Jamesów i innych takich (Adusia, Adasia i Piotrusia), zaczęła robić na dwóch piętrach wagonu PREZENTACJE!!! Tak, tak, nic innego jak te wymyślne cyrkowe figury. Zaczęło się to wszystko jeszcze nad basenem w Janowicach - Adasiowi i Adriankowi bardzo spodobał się pewien znak zakazu kąpieli, na którym nakreślona została (prawdopodobnie) ludzka postać w trakcie płynięcia – wiadome podniesienie ręki i wygięcie pleców. Dla chłopaków była to jednak pozycja "szympansia" - swobodnego wygięcia ciała, tyle że nie tradycyjnie (jak to robią małpy) do przodu, a w tył. W tej oto - mam nadzieję czytelnie zarysowanej pozycji, przemieszczali się po pociągu wydając z siebie różne nieartykułowane treści dźwiękowo-semantyczne. Dodać by jeszcze należało swoisty strój "Prezentantów" – wspomniane wyżej liście, które zdążyły wyschnąć na wiór. Przyznać muszę, że publiczność przyjęła ich z zachwytem...
Potem była już tylko podróż do domów i pełne wspomnień sentymentalne spotkania na ławeczkach parkowego Widoku.
I tak zakończył się drugi rok istnienia naszej turystyczno-imprezowej organizacji. Jak również moje urocze opowiadanie. Amen.


.: Komentarze
Siła 17:45 21-02-2005
:))))
milo tak powspominać;)))
Mionk 17:35 11-03-2005
No coż... f. jak zwykle wspaniale oddała słowem to, co wydawało się nie do wyrażenia :-). Bardzo mnie zaskoczył ten artykuł. Jestem pod wrażeniem, że po tak długim czasie pamiętałaś tyle szczegółów. Czeka Cię niechybnie pisarska kariera. Pozdrawiam- tak trzymać!


.: Dodaj Komentarz
Nick:
Email:
Treść: