Totalna Asymilacja Home Kontakt Ankieta
Menu

tri.JPG Home
tri.JPG Artykuły
tri.JPG Chatki
tri.JPG Galerie
tri.JPG Tapety
tri.JPG Linki
tri.JPG WebCamy
tri.JPG Wyprawy
tri.JPG Trasy
tri.JPG Koszulki
tri.JPG Forum
tri.JPG Księga Gości
tri.JPG FAQ

Sonda

Najczęściej na stronie TA odwiedzam:

Artykuły
Chatki
Galerie
Księgę Gości
Linki
WebCamy
Forum
Inne



Zobacz wyniki

Karkonoska_Grupa_GOPR
PTTK
 

arrow.jpg Góra strony arrow.jpg

.: Z subiektywistycznego... cz. 2

      Po przebraniu się w zapasową parę obuwia (kto miał to miał, tzn. ja akurat miałam :) -doświadczenia pierwszej Asymilacji nie poszły jednak w las, poszliśmy na bardzo poważną rozmowę z kobietą o trzech zębach na przedzie, która miała akurat bardzo przyjazny nastrój (nie dajcie się zwieść...). Szefowa powiedziała, że razem z Chłopakami (przyjemności nie mieliśmy) przeniesie nam materace do cudem odnalezionego pokoju, dwuosobowego. Chwile oczekiwania spędziliśmy w sali kominkowej pod głową drewnianego jelenia, śpiewając sławna pieśń myśliwską Adama Ł. "jeleń, jeleń, na horyzoncie pojawił się jeleń..." oraz nawiązując pierwsze kontakty z Talibańczykiem Kubą-jednym z bardzo wyluzowanych turystów z Wrocławia, który z niebieskim ręcznikiem na głowie śpiewał o Osamie. W końcu pozwolono nam pójść do apartamentu numer pięć w budynku drugim, gdzie mieliśmy spędzić noc. Pani O.T.Z.N.P. wyraziła nadzieję, że damy spać innym i jakoś się w siódemkę pomieścimy na trzech materacach. Była taka kochana, że dała nam nawet parę koców-Kuba twierdzi, że pełnych roztoczy ;) Ewelina natomiast twierdzi, że roztocze są wszędzie. Ja w trampeczkach, Efka w sandałach, Kuzyn Michał w nowych :) mokrych adidasach a reszta ekipy na bosaka, dobiegliśmy po śniegu (hehe) do naszego przestronnego pokoju (wymiary 2 na 3-nie żebym narzekała). Powiem wam, pełen hard core! Lustro, umywalka-jako że jedyna na piętrze, bez pytania i pukania, chyba za pozwoleniem szefowej, używana przez wszystkich turystów budynku drugiego, półeczka, szafeczka, nieczynny kaloryfer, trzy przystrojone plamami, których pochodzenia nie chcieliśmy dociekać, materace i już wspomniane koce. Na ścianach natomiast sztuka. Dwa obrazy, których treści, co prawda nie pamiętam, natomiast wiem, że była ona tematem jakiejś nocnej dysputy. I tak, pozostawiając bagaże w pokoiku, wyszliśmy sobie na korytarz. Tam już ekipa zażywała świeżego powietrza. Okazało się, że za ścianą mamy koleżanki i kolegę z Giżycka (miasteczko ciepło wspominane przez Siłę i Żodzia ;)), hiphopowca i jego tatę z Wrocka, obydwaj w stanie nieważkości, oraz naszego niesamowitego Talibana, jego kumpla (łysego w niebieskim śpiworze) oraz jeszcze jednego kolesia, który od samego początku wydał się nam nieciekawym typem (darł mordę, żeby nie wchodzić do naszego pokoju, bo tam syf, a nieprawda!) Poza tym nosił seksowną grzywkę i szklane oko i był beznadziejny. Talibańczyk postanowił, że idzie spać, ale po paru minutach odwidziało mu się i wypełznął na korytarz w śpiworze z niemoralną propozycją do naszych chłopaków o zamianę na kobiety. Ku swemu szczęściu :) nasi Chłopcy jakoś nie przejawili większego zainteresowania i rozmowa zeszła na kwestię pochodzenia. Pochwaliliśmy się naszym asymilacyjnym Australijczykiem. Umówiliśmy się, że Kangur w zamian za akcent Szkocki i Irlandzki Kuby-Talibana oraz piosenkę o Osamie w wersji full, powie coś w australijskim angielskim. Tak też się stało. Angielskie monologi były fantastyczne. Usłyszeliśmy "I love my Mama, I love my Papa, but most of all I love Osama", jakieś jęki nie fajnego kolegi z grzywką, i wrocławianie powrócili do swojego pokoju. Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Zostaliśmy upomnieni przez rudowłosą panią sprzątającą co do zanieczyszczania powietrza, poza tym wszystko było miodzio :) Agregat z prądem, który miał być wyłączony o 23, przedłużył swoją działalność, i jakoś tak do 1:00 prowadziliśmy poważne rozmowy przy świetle. Rozmowy na każdy temat. Narodziły się pomysły, co do przyszłych wypraw TA, nowego działu na stronce pt."wybryki natury"- póki co, kandydaturę rozważa się pana Pół-przewodnika (nie zabrakło wspominek z wycieczki do Pragi), Zbyszka, kolesia z grzywką i już wspomnianą działaczkę ze schroniska. Gadaliśmy dużo i po jakimś czasie całkiem od rzeczy :) Ale nie myślcie sobie, całkowita kulturka! Po jakimś czasie niektórzy poszli sobie spać, inni natomiast dalej konwersowali w ciemnościach. Nocka mijała całkiem spokojnie. Za plastikowymi oknami błyszczały dalekie światła cywilizacji i gwiazdy. Było pięknie. Siła z Adrianem zdecydowali się nie rozstawać z korytarzem i rozłożyli się do spania na leżącym tam dywanie (z roztoczami i błotem), który kierowniczka zdjęła chyba po to, żeby nie odstraszał, ale cóż, można i tak, wszystko w końcu "zależy od chcenia". Ja znalazłam sobie kawałeczek wolnego materaca i chyba nawet na chwilkę zasnęłam. Koce pachniały, nieczynny kaloryfer dawał się we znaki. Pogadajcie o tym z Kuzynem-Michałem, któremu przewiało nery! Rankiem obudzili nas rześcy Siłka z Żodziem, którzy zapragnęli zmiany miejsca. Teraz w siódemkę było naprawdę przytulnie. Po jakimś czasie, kiedy promyki Słonka wdarły się i do naszej jaskini, zdecydowaliśmy się na pobudkę. Chłodny prysznic w budynku numer jeden obudził wszystkich. Po poskładaniu kocyków, spakowaniu się i bolesnym rozstaniu z pokoikiem udaliśmy się (co niektórzy) na śniadanko przy kominku (niektórzy nie mogli się rozstać z nim dłużej). Szefowa ku zmartwieniu Kuby i Kuzyna-Michała oświadczyła, że o 10 rankiem kotletów schabowych nie podaje-biedactwa musieli się zadowolić wrzątkiem za złotówkę (czas oczekiwania na to "danie" 20 minut) i czojsem o smaku kury oraz jajecznicą, która podobno smakowała podle. Nas stolikiem unosił się smakowity zapach kawy i pogryzając pistacje zaplanowaliśmy, że wrócimy sobie w dół do Szklarskiej niebieskim szlakiem. Oczywiście, dziwny traf, i ta wyprawa TA nie mogła się obejść bez boruty. Adrian zapytał łaskawą gospodynię o cenę za nasz pokoik, kazała przyjść cała grupą. Kiedy przybyliśmy całością, akurat zajęta, kazała poczekać. I tak bawiła się z nami, odsyłając z jakimiś wykrętnymi odpowiedziami, dwie godziny. W końcu poinformowany łaskawie Kuba, lekko roześmiany przyszedł do stolika powiedzieć nam, że przetrzymująca legitymacje właścicielka, właśnie wezwała policję, że będziemy mieli wytoczone sprawy na kolegium, że oto ma pod lada podpisy turystów, którzy złożyli na nas skargi, że nie daliśmy im spać całą noc, że jedna pani zwracała nam uwagę, ale myśmy ją bezczelnie zignorowali i musiała nawet, owa pani, użyć brzydkiego słowa. Jednym słowem mieliśmy mieć przechlapane! Aż ciary przeszły nam po plecach, adrenalinka skoczyła na wysoki poziom, a po chwili wybuchów w stylu "ją chyba pojechało", roześmialiśmy się wszyscy w głos. Na nic zdała się moja i Efki wyprawa na rozmowę. Kobieta utrzymywała nadal, że w nocy zachowywaliśmy się karygodnie (uwierzcie kochani, musiała nas chyba, autorów tych podobno mających miejsce hałasów, ogarnąć zbiorowa amnezja). Ostatecznie, po ostrej wymianie zdań-z naszej strony zaprzeczeń, z jej-gróźb, otrzymaliśmy dokumenty, zapłaciliśmy po 10 zetów, i robiąc tajniackie zdjęcie, pożegnaliśmy schronisko Pod Łabskim Szczytem. Do tej pory nie wiem, czy to może Kuba-Talibanin, człowiek z Grzywką albo i dziewczyna z Mazur, rozpoczęli rano akcję zbierania podpisów-zdrajcy :)
     Droga powrotna poprzez Puchatkowe błota minęła spokojnie. Oryginalnych pomysłów "zdołowanym" Asymilantom jednak nie zabrakło-rozegraliśmy spotkanie "Plus, Minus". Po pierwszej rundzie na gorącym krześle zasiadła Kaśka-Siła mając na koncie plusa i dwa minusy, oraz wyznaczony przeze mnie (okropne zadanie) Michał-Kangur. Poprzez sms`y zdecydowaliśmy, że program ma opuścić Siła (w sumie to zdecydowała rzucona przez Kubę moneta). Opaliliśmy trochę buźki, pod wyciągiem pozowaliśmy chwilkę pod web-kamerą, popatrzyliśmy na skoki na bungee z 20, lub 30 metrowego dźwigu (kłóciliśmy się o tą wysokość) i spiesząc się na pociąg o 14 ruszyliśmy w stronę dworca. Oczywiście najważniejszy był dla niektórych po drodze sklep z plecakami i lekko podirytowane z Efka , mając 10 minut do czternastej, ruszyłyśmy same na stację. Za naszym przykładem na pociąg o 14:17 zdążył Kuba i Kuzyn-Michał. I tak, również i tym razem, rasowa wyprawa TA, tak jak i macierzysta, została przy końcu podzielona na grupy. Kangur podobno wrócił Pekaesem o 14 z hakiem, a co do Siły i Yesika, zapytajcie ich sami...
     Kolejna bardzo kulturalna i wypaśna wyprawa Asymilantów za nami. Zauważyłam, że uwielbiamy wspominać dawne dzieje i was Kochani, tych, co pod Łabskim zabrakło.
     Osobiście radzę nie podpadać webmasterom, chyba nie chcecie znaleźć swojego foto w nowym dziale TA? Negatywne uwagi na temat tego tekstu zachować dla siebie ;) i już organizować kolejną, pełną wrażeń i nieprzewidywalnych sytuacji, wyprawę.

This is the end.

Copyright (c) by f.

.: Komentarze
Ayana 22:04 24-05-2002
Wow...Zawsze jest tak fajnie?Heh...na pewno:-) To co Wy..nic nie piliscie,ze tak każdy szczegół pamiętacie...Kangur..jak to? :))
YESik 01:26 25-05-2002
ten artykuł jest nawypaśniejszym artykułem jaki ukazał się na Totalnej Asymilacji. Joanno możesz być z siebie dumna
egipcjanin sinuhe 23:37 25-05-2002
estetyka języka i stylistyka jest luz petarda ale jak na mój gust troche to za długie , zbyt mały naturalizm hehe a, ai te frazesy o egzystencji to gdzieś jusz widziałem ale to pewnie zbiego okoliczności trzymaj sie i nie bij mnie:)
MIERZWA 13:57 07-06-2002
Bardzo wypaśny artykuł, nie tam żaden teges,czy coś...
Pozdrowionka dla Dżoanny. PS.Pierwotnie czytalem to na palarni i tez byl spox :))))
dawiec 18:21 29-06-2002
jak zawsze swietnie sie bawicie, i jest zajebiaszczo , oby tak dalej, pozdrowienia dla autora


.: Dodaj Komentarz
Nick:
Email:
Treść: