Totalna Asymilacja Home Kontakt Ankieta
Menu

tri.JPG Home
tri.JPG Artykuły
tri.JPG Chatki
tri.JPG Galerie
tri.JPG Tapety
tri.JPG Linki
tri.JPG WebCamy
tri.JPG Wyprawy
tri.JPG Trasy
tri.JPG Koszulki
tri.JPG Forum
tri.JPG Księga Gości
tri.JPG FAQ

Sonda

Najczęściej na stronie TA odwiedzam:

Artykuły
Chatki
Galerie
Księgę Gości
Linki
WebCamy
Forum
Inne



Zobacz wyniki

Karkonoska_Grupa_GOPR
PTTK
 

arrow.jpg Góra strony arrow.jpg

.: Asymilacja 1, czyli jak się to wszystko zaczęło.

      Po zrobieniu zakupów w małym sklepiku, rozsiedliśmy się wygodnie w świetlicy, i w towarzystwie innych turystów atakujących stół do bilardu, zignorowaliśmy zgniewane żywioły za oknem i rozpoczęliśmy ucztowanie. Pojawiły się tradycyjne górskie wyrafinowane przysmaki w stylu: konserwa turystyczna, zupka chińska "Danie w 5 minut", jakieś owocowe winko, na które skusił się kolega Pająk, a poza tym różne inne pyszności, które pozwoliły nam zapomnieć o smutkach. Gadaliśmy, śmialiśmy się z przygody jaka nas spotkała, graliśmy w bilki pozostawione przez turystów, robiliśmy masę fotek (do wzglądu w dziale "galeria") i późną nocką poszliśmy w końcu do naszego pokoju. Nic mnie bardziej nigdy nie rozśmieszyło w schronisku, jak pięć stojących w naszym gniazdku łóżek piętrowych przykrytych stylowymi kołderkami... w panterkę! Wskoczyliśmy zatem w te oryginalne nakrycia, i co niektórzy próbowali zasnąć. Okazało się to zbyt wygórowanym wymaganiem. Pająk sapał pod nosem wyklinając Adriana i jego szatański bieg szczytami Karkonoszy. Po jakimś czasie do pokoju trafił w końcu i sam Yes, który przyłączając się do trwającej dyskusji na temat romantycznych poetów, w zgodnie ze mną i Moniką, pierwszeństwo przyznał Norwidowi. Reszcie zacnych wieszczów przyprawił zaś po parę epitetów równych wspomnianym pieszczotliwym określeniem Ś.P. wokalisty Doorsów. W końcu udało się nam, wśród krzyków, westchnień, pochrapywań i innych bliżej nieokreślonych onomatopei, oraz zapachów schnących skarpetek (czy wspomniałam, że kaloryfery były nieczynne?) zasnąć!
      Rankiem obudziliśmy się wszyscy rześcy i gotowi do dalszej drogi. Planowaliśmy wybrać się na turystyczno-krajoznawczą wyprawę do Czech. Pogoda za oknami sprawiła, że pozostaliśmy póki co w schronisku. Zeszliśmy sobie na śniadanko i kawę. Monika z Pająkiem zdecydowali się zabrać swoje mokre bagaże i opuścić nas. Namowy nie pomogły. Spakowali się i wczesnym popołudniem nasza ekipa uszczupliła się o dwie osoby (niech żałują!)
      Molestowani przez nas i innych turystów (nie było ich wielu) właściciele schroniska, gdzie wrzątek kosztuje 50 groszy, włączyli łaskawie kaloryfery. Ubranka schły, Adrian i Michał zdecydowali się na mały spacer na czeską stronę, ja z Efką i Siłą, popijając kolejny kofeinowy napój, rozkoszowałyśmy się odpoczynkiem i widokiem górskiego krajobrazu (tzn. górskiej mgły). Kiwając się na ławkach, wyśpiewując hity puszczane przez barmana, zabrałyśmy się za twórczość. Spod ręki Eweliny wyszła artystycznie połamana plastykowa łyżeczka, z której później Kangur ułożył cyfry od zera do dziewięciu, ja natomiast pokusiłam się o wypisanie lokatorów naszego pokoju, narysowania pseudo-podobnego schroniska na szczycie Śnieżki i powodzi, która jak podawało radio, zalała naszą kotlinę. Wykonaliśmy parę telefonów do domów (stały nienaruszone) oraz jeden bardzo ważny do Adama Ł., który namawiany, zgodził się wskoczyć na rower i przyjechać do nas z niespodzianką. Nie wierzyłam, że może się komuś chcieć wskakiwać na rower o godzinie 16 deszczowego dnia i doginać parę niezłych kilometrów z Sobieszowa na Odrodzenie. Mało jednak widać wiem o życiu i ludziach. Adaś pojawił się u nas witany radosnymi pohukiwaniami koło godziny 21. Zmęczony jazdą w deszczu załadował swój rower na jedno z łóżek, i pożywiając się konserwą, odzyskał siły na całą noc dzikiego imprezowania. Ah, działo się.
      Na nasz skromny pokojowy stolik wysypało się jedzenie, śrubki z gniazdka, które Adaś rozkręcił w celu zmontowania gniazdka (gniazdek w schronisku brak), wyżebrana od sąsiadów z pokoju nr 2 sól, oraz ubrana w czerwona czapeczkę Tequila Sierra-gość honorowy. Po jakimś czasie biesiada przeniosła się do świetlicy, gdzie nastąpiła uroczysta degustacja. Może to opary ze schnących ubranek, może klimat tego typu wypadów albo i może sama Sierra, sprawiły, że towarzystwo lądując w pokoju, dorwało się do radia i przy dźwiękach techno złapanych na jakichś czeskich falach, postanowiło świętować mające właśnie miejsce Love Parade. Jednocząc się z kochającymi inaczej i słuchającymi inaczej, Asymilanci doszli do wniosku, że 15 stopni w naszym pokoju to zdecydowanie za dużo i czas na orzeźwiającą kąpiel pod prysznicem. Siedząc na swojej panterkowej kołderce, razem z Efką obserwowałyśmy interesującą zabawę innych. Wrzaski spowodowane zimną wodą obudziły chyba ludzi i zwierzęta w zasięgu 10 km ;). Techno nawalało, półnadzy turyści hasali wesoło po korytarzu. Adaś jakoś nie chciał mi wierzyć ze 15 stopni w skali Celsjusza to naprawdę za mało, i że brakuje mi klimatu do biegania pół-naked po holu (oj, jaka ja nudna jestem...:)) więc oblał mnie i Ewelinę wodą z butelki. Okrutny! Z tego co pamiętam, nastąpiła potem uroczysta konsumpcja konserwy i sesja fotograficzna. Ranną godziną piania kogutów wszyscy w końcu zasnęli.
      Do przejścia dnia następnego było chyba ze 20 km, planowaliśmy dojść do Przełęczy Okraj. Obudziliśmy się wczesnym rankiem... o godzinie 11. Jak na czekający nas dystans pora była całkiem późna. Ale, cóż to dla nas! Spakowaliśmy się szybko, pożegnaliśmy przesympatycznych opiekunów Odrodzenia, uiściliśmy opłaty za pokój (niektórzy mieli opory, co do wykonania tej czynności i próbowali wykiwać właścicieli wychodząc ze schroniska z poduszką w plecaku) i witani pięknym Słońcem, ruszyliśmy pod górę w stronę Kowar.
      Jak można się domyśleć, tempo towarzyszyło nam dosyć słuszne. Biegnąc zatem szczytami, próbowaliśmy zlokalizować zalane przez wodę wioski, Michał z Adrianem robili kolejne profesjonalne foty, ja natomiast i Efka, podjęłyśmy bolesną decyzję odłączenia się od grupy. Zbliżał się wieczór, a byliśmy zaledwie na wysokości Samotni. Z resztą, nie mogłyśmy sobie odmówić odwiedzenia naszego ulubionego schroniska, i wielkim żalem, odbiłyśmy szlakiem w dół. Podróż nasza odbyła się beż większych przygód. Na łące koło Samotni spędziłyśmy z dobra godzinkę podziwiając piękno tego magicznego miejsca. A później, rozmyślając o wytrwałych naszych towarzyszach, wróciłyśmy do Jelonki.
      Z tego, co wieść Katarzyny, Kangura i Yesika niesie, a czego potwierdzenie możecie znaleźć na licznych fotografiach, udało im się dotrzeć na Okraj. Co prawda w domu byli trochę później niż przewidywali, ale, chwała im i podziw za wytrzymałość!

      Tak właśnie przedstawia się początek TOTALNEJ ASYMILACJI.
      Następnego dnia po powrocie dostałam wiadomość żeby wejść na stronę www.totalna.asymilacja.prv.pl, na której Adrian umieścił fotki z wyprawy. Później szablonową stronkę nasi wielcy web-masterzy zamienili w swoje własne dzieła. Asymilacja nabierała rozgłosu, organizowała kolejne wypady, stała się widoczną częścią naszego życia ;)
      Już rok asymiluje razem jakieś 20 osób. Niektórzy byli tylko na jednej wyprawie (i ciągle marzy im się więcej), inni na paru, jeden tylko Adrian zaszczycił swoją skromna (hehe) osobą wszystkie sponsorowane przez Asymilację wyjścia.
      Założę się, że podobnej przygody nie przeżyjemy już nigdy, czekamy na mocniejsze :) może wyprawa z okazji 1 urodzin?

Copyright (c) by f.


Pozdrowienia dla Pająka, bez którego wiedzy i sprzeciwu, tekst "asymilować" nabrał rozgłosu i... sensu!!

.: Komentarze
turms nieśmiertelny 00:19 25-07-2002
fajne to......
PAJAK 00:11 03-12-2003
POZDRAWIAM DOBRY OPIS TOTALNA ASYMILACJA ASYMILUJE CIEBIE I CALA TA STRONE DO SIEBIE:)
pała 15:19 17-12-2003
no coz
masz talent do pisania relacji!!!
:)


.: Dodaj Komentarz
Nick:
Email:
Treść: