Totalna Asymilacja Home Kontakt Ankieta
Menu

tri.JPG Home
tri.JPG Artykuły
tri.JPG Chatki
tri.JPG Galerie
tri.JPG Tapety
tri.JPG Linki
tri.JPG WebCamy
tri.JPG Wyprawy
tri.JPG Trasy
tri.JPG Koszulki
tri.JPG Forum
tri.JPG Księga Gości
tri.JPG FAQ

Sonda

Najczęściej na stronie TA odwiedzam:

Artykuły
Chatki
Galerie
Księgę Gości
Linki
WebCamy
Forum
Inne



Zobacz wyniki

Karkonoska_Grupa_GOPR
PTTK
 

arrow.jpg Góra strony arrow.jpg

.: Dzieci nie róbcie tego same w domu...

        Ścieżka była niewidoczna. Całkiem przez przypadek, w słabym świetle księżyca, udało nam się zauważyć wbity w ziemię patyk, który miał chyba służyć za drogowskaz. W pewnym momencie zrezygnowani zrobiliśmy sobie przerwę na jakiś skałkach. Zadzwoniła do nas martwiąca się Efka, która obiecała dobić do wycieczki następnego dnia. Zadała tylko jedno pytanie, czy to nas bawi... odpowiedzieliśmy z przekonaniem, że owszem ;) nie ma jak dawka adrenaliny!

        W końcu, dokładnie po godzinie, dotarliśmy do Chatki! Muszę wspomnieć, że rano ten sam odcinek trasy pokonaliśmy w dziesięć minut...

        "Tak. Cel pierwszego, pełnego wrażeń dnia osiągnięty" - myślałam sobie zbliżając się do wyłaniającego się z mroku budynku - "teraz czeka nas tylko całonocna świetna impreza, tam podobno zawsze tyle ludzi, Adrian gwarantował, że będzie przynajmniej ze trzydzieści..."

        Do domku doszłam jako trzecia. Trochę zdziwiłam się panującą dookoła ciemnością i posępnymi minami Bartka i Adriana. Kiedy dotarło do mnie o co chodzi, zaczęłam się tylko histerycznie i żałośnie śmiać... W AKT nie było nikogo!

        Spodziewaliśmy się wszystkiego, ale spania pod gołym niebem? Co niektórzy Asymilanci nieźle podkurzeni zaczęli wydzierać się i obrzucać epitetami stałego mieszkańca Chatki, niejakiego Marcina. Swoim wrzaskiem zbudziliśmy chyba wszystkie leśne zwierzątka, cóż... jak się okazało później, niekoniecznie.

        Kiedy opadły pierwsze emocje, rozbiliśmy się na ławkach przed domkiem, posililiśmy, wzmocniliśmy odpowiednio i przygrywając na gitarce, oczarowani nocą, nuciliśmy nastrojowe ballady... "płonie ognisko w lesie..." hehe itd. Muszę się jeszcze pochwalić (tutaj apel o harcerską odznakę) udało nam się z Kangurem rozpalić ognisko!!! Okazało się, że ktoś nie tak dawno musiał również jak i my, znaleźć na drzwiach kartkę "obiekt nieczynny" i zostawił nam trochę rozżarzonych drewien.

        W końcu, wypompowani przygodami całodniowej wędrówki, założyliśmy na siebie wszystkie możliwe ciuchy i zajmując każdy swoją ławkę (przykładowo szerokiej na 40 cm), postanowiliśmy udać się na spoczynek. Eh, co to były za wygody! Przyjemnie twarde drewno, odżywczo mokra rosa i ta ekstremalnie niska (jak na lato) temperatura.

        Przesypiając jakieś dwie, trzy godzinki, zdecydowałam, że dość mam tych koszmarnych komfortów. Pobudziłam śpiące na stołach i ławach towarzycho - "im szybciej wstaniemy, tym szybciej dojdziemy do schroniska"... marzyłam o gorącym prysznicu i miękkim łóżeczku! Rańcem opuścił nas powodowany jakimiś innymi obowiązkami Wacek.

        W tak zmienionym składzie, postanowiliśmy pożegnać czule gościnną Chatkę, kiedy nagle... ku ogólnemu przerażeniu, zdziwieniu, rozśmieszeniu i wkurzeniu zarazem, drzwi domku otworzyły się. Na ganku stanęła jakaś zwiewna postać panienki w dwóch spódnicach, która lekko ochrypniętym głosem zapytała: "Wy spaliście na górze, prawda?"

        Staliśmy jak skamieniali wpatrując się w jej postać. Pierwszy odezwał się Adrian, który z przekąsem poinformował koleżankę, że na żadnej "górze" nie spaliśmy, że noc spędziliśmy na podwórku pod Chatką (wewnątrz znajdowały się tylko cztery osoby!!!) i że bardzo dziękujemy za nocleg! Przerażona (faktycznie, albo tylko dobra jest aktorką) dziewczyna zaproponowała nam w zamian herbatkę, my jednak uprzejmie podziękowaliśmy, kazaliśmy pozdrowić PANA Marcina i poszliśmy dalej w stronę Odrodzenia.

        Nie ma chyba nic piękniejszego jak góry wczesnym rankiem. Budzący się do życia las i mgła nad cała kotliną, z której wystawały tylko szczyty najwyższych wzgórz - wszystko to wyglądało jak morze i liczne na nim wyspy. Rozkoszując się panoramą Karkonoszy, doszliśmy do wniosku, że przecież nigdzie nam się nie spieszy i wędrówkę urozmaicaliśmy sobie małymi przystankami. Nie bardzo spodobało to się Adrianowi i Sile, którzy podczas gdy reszta wygrzewała się w porannym słonku, byli już chyba w schronisku. Korzystaliśmy z prawa do relaksu w najlepsze! Była godzina ósma, a my szczęśliwi, że jesteśmy w górach, rozbiliśmy się na przewróconym konarze, rozkoszując się pierwszym śniadaniem - jagodami i pozostałością z urodzin Kangura, procentowym arcydrogim trunkiem winkopodobnym o nazwie "Truskawka" ;) Potem Ania wyciągnęła z plecaka pieczywo chrupkie "waza" oraz przepyszny domowym sposobem robiony dżem (również truskawkowy), Cichoń kolejną butelkę o wiśniowym kolorze zawartości i śniadanko na trawie trwało dalej. Po paru godzinkach wyruszyliśmy dalej. Odrodzenie było już widać z daleka i jak donosili nieliczni mijani turyści, na dojście zostało niewiele.

        Pokonaliśmy wyczerpujący odcinek trasy i radośni dotarliśmy do schroniska. Adrian troszkę był na nas wkurzony po parogodzinnym oczekiwaniu, w końcu doszliśmy do zgody, zamówiliśmy pokój (niestety bez kołderek w panterkę tym razem) i oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Prysznic, kawa, mała drzemka... co więcej można pragnąć?

        Na wieczór zaplanowaliśmy degustację "Meksikany Ole!" tymczasem było dopiero południe i część samobójców (Yesik, Kangur i ja) zdecydowaliśmy się na wypad do Czechosłowacji ;) Wychodząc spotkaliśmy Efkę z Kubą, którzy dołączyli do naszej ekipy, i razem podążyliśmy w stronę Spindlerowego Młyna. Schodziło się bardzo przyjemnie. Doszliśmy na przedmieścia i głodni postanowiliśmy zawitać do pierwszej napotkanej knajpy na obiadek. Znaleźliśmy się w myśliwskiej restauracji, przystrojonej porożami, strzelbami i skórami z dzików. Zamówione knedliki, sos miały również myśliwski. Najzabawniejszy był moment płacenia rachunku, kiedy okazało się, że trochę się przeliczyliśmy z wydatkami i nie starczy nam koron na zapłacenie. Do akcji wkroczył wtedy doskonale wyszkolony na lekcjach języka angielskiego w scenkach tego typu Kuba, i po paru prośbach, namówił miła kelnerkę, żeby wymieniła mu trochę polskich pieniędzy. Udało się!!! Zadowoleni wyjrzeliśmy przez okno i ku naszemu przerażeniu, ujrzeliśmy straszne oberwanie chmury! Całkiem nie przygotowani na taką przygodę, przemokliśmy do suchej nitki. Do Schroniska było daleko... My zmarznięci i skrajnie wyczerpani (ja chyba w szczególności), postanowiliśmy poczekać na autobus do granicy. Ha, próbowaliście kiedyś rozszyfrować czeski rozkład jazdy? W końcu na szczyt nie dotarliśmy ani busem, ani stopem (wredni kierowcy zza południowej granicy). Doczołgałam się na górę nie wierząc, że mi się to w ogóle uda. Szczególny kryzys dopadł mnie, kiedy wariaci kazali mi biec pod górę goniąc traktor, który mieli nadzieję, podwiezie nas. Jasne...

        W końcu rzuciliśmy się na łóżka. Nadszedł czas na kolacje i wieczorną imprezkę ;) Bilard, gitara (zestaw piosenek niezmienny), sól, cytryna, tequila... A raczej tak zwana rakietówa (słówko zasymilowaliśmy od panny z AKT, która tłumaczyła nam, że w wieczorem zabalowali z konkretną rakietówą i dlatego nie słyszeli naszego przybycia)!!! Jakby to opisać? Zapach benzyny, markera, ewentualnie zmywacza do paznokci. Skutki były różne. Świętowanie przeżyć tamtej nocy pozostawiło niektórym trwałą niechęć do oparów rodem ze stacji benzynowej.

        Następnego i niestety ostatniego dnia, drużyna TA uległa całkowitemu podzieleniu. Efka, Kuba i Bartek jako pierwsi zeszli do Borowic na autobus. Zaraz za nimi powędrowali Anka, Patrycja, Tomasz i Kaśka.

        Reszta zmęczonego, ale odważnego składu, postanowiła podtrzymać tradycje i zrobić jeszcze trochę kilometrów. Maszerowało się przyjemnie. Wiał mocny wiatr, kotlinka wyglądała jak zwykle pięknie... odbijało nam się rozpuszczalnikiem... Zaliczyliśmy Samotnię, różne przydrożne ławeczki przeznaczone na odpoczynek (wszystkie znacząc firmowymi naklejkami). Panowała ogólna "głupawka" - zmęczenie sprawia, że zabawny wydaje się każdy leżący na drodze kamień.... Apogeum miało miejsce, kiedy ryjąc nożem na jednej ławce adres strony, odkryliśmy, że na naklejce jest błąd :) I nie dziwcie się, gdy gdzieś w górach napotkacie wizytówkę Totalnej AsymiALcji :) ( z fikołkiem)!!! Z Karpacza pekaesem pojechaliśmy do Cieplic. Tam najpierw spędziliśmy jakąś godzinkę na przystanku, snując plany, jak to kiedyś trzeba będzie pojechać pociągiem w nieznane... a potem wpadliśmy na szalony pomysł wybrania się do eleganckiej kawiarenki "Sonata" na ciastko. W towarzystwie pary popijającej Pałer Ejda, zjedliśmy kawałek pysznej szarlotki i lody! I to już był koniec...

        Pominęłam pewnie tysiące zabawnych sytuacji, które przytrafiły nam się podczas tej fantastycznej przygody!!! Aż się boję co będzie następnym razem :) Do pozamykanych schronisk jesteśmy już przyzwyczajeni, nie boimy się deszczu, wiatru i spania pod gołym niebem... Teraz wypadałoby żebyśmy w lesie napotkali Yeti (bo trup by raczej nie zrobił wrażenia)... dobra, kończę bo i tak przegięłam z objętością.

        Wszelkie złośliwości zamierzone :P
        No... to do zobaczenia na szlaku. Ole!

        (c) Copyright by f. 2002

.: Komentarze


.: Dodaj Komentarz
Nick:
Email:
Treść: