Poranek. Mróz. Różowy dupoślizg. A dalej tradycyjnie: "Pod Koroną", 9:13 - proszę państwa: odjazd!
Trudno się nie było nie zauważyć na ulicy -
oczojebne kolory plastykowych jabłuszek stały się naszym znakiem rozpoznawczym. Tym razem wyprawę TA zaszczyciła gromada ambitnych zwolenników zamrożonych szlaków, prawdziwych patriotów w sprawie wspomagania polskiego przemysłu spirytusowego oraz odbijania sobie kości ogonowych, w składzie: nieustraszona Siła, szybka Monika, debiutantka Edzia,zaopatrzony w raki YESik, paparazzi Kangus, Młody Łużniaczek, Mistrz Herbaciany Jerzy vel. Panterka, człowiek który sprawił, że poziom adrenaliny we krwi skoczył nam znacznie w górę tj Wacuszek, którego od tej pory należy zwać chyba niegrzecznym Wacuchem :P oraz oczywiście moja szanowna osoba.
Chwila wspomnień po minionych uroczych godzinach spędzonych przy świątecznych stołach, wysiadka w Białym Jarze, krok za kroczkiem i już byliśmy na szlaku. Cudności - wszystkie nasze sapania, mgła otulająca ośnieżone szczyty, pierwsze nieśmiałe jaaazdy oraz oczywiście perspektywa szybkiego dotarcia do celu - schroniska na Strzesze Akademickiej. Dość pcheł i spania na 10 centymetrach spróchniałej ławki!!! Tym razem niczym burżuazja zaklepaliśmy sobie pokój w cywilizowanym miejscu.
Droga minęła w zasadzie bez większych atrakcji. Wstąpiliśmy na chwilę zasłużonego wypoczynku na przytulną Samotnie, gdzie stoi najpiękniejsza choinka świata, i zajmując dziesięć stolików zjedliśmy Wojtkowi zapasy Alepn Libe, po czym dziarskim krokiem pomknęliśmy w górę,
aby przejść fragment tej niezmiernie męczącej trasy dzielącej nas od końca wędrówki. Zadowoleni udaliśmy się z poselstwem do pani kierowniczki po klucz od naszego pokoju, który z utęsknieniem oczekiwał naszego przybycia... nieświadomy czego też może stać się świadkiem w godzinach przed i w trakcie nocnej ciszy. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Pani szefowa o dość surowym spojrzeniu - całkiem jak u znanego i powszechnie lubianego Pana Brodacza - zrzucając na me słabe ramiona odpowiedzialność za nasz team, po skasowaniu 160 złotych i 83 groszy, dała nam w końcu otwieracz do naszej przytulnej siedziby. Pięć piętrowych łóżek, stylowe kraciaste koce, stolik, lusterko, kontakt (w sam raz do naładowania komóry) oraz przecudny, przewygodny i nieskończenie mnie radujący drewniany parapet - czyli nas tymczasowy "home sweet home".
Po rozładowaniu wielbłądów i spożyciu posiłku typu czojs & konserwa, chłopcy wraz z odważną Edytą zdecydowali zdobyć 1603 metry naszej śnieżnej Śnieżki. My pomachałyśmy im - frajerom :P - na pożegnanie i rzucając się na wygodne posłania rozpoczęłyśmy partyjkę "stwierdzania faktów" oraz koncentrowania się przed punktem kulminacyjnym wycieczki, tzn. zjazdu na dupoślizgach!!! Po paru minutach dostałyśmy zawiadomienie od naszych agentów, że odnaleźli na trasie w kierunku północnym idealne warunki do pupuślizgania. Zaopatrzone w profesjonalny sprzęt pognałyśmy we wskazane miejsce. A tam czekali na nas Michałek z Jerzym.
Jak się okazało reszta ekipy, nie czując żadnej jedności grupowej, samowolnie i bez większych skrupułów, poszła sobie dalej. No i ha ha ha - niech żałują. Przed nami leżało wyzywająco strome zbocze górskiego szlaku, z lewej strony pobudzając naszą wyobraźnie widokiem lodowych jęzorów koloru morskiego oraz niebezpieczną wizją spadnięcia w dół do przepaści w otchłanie polodowcowego jeziorka. Szczęśliwie udało nam się nie skorzystać z kąpieli. Poza tym wzrok przyciągała panorama kotliny. W mieście leniwie zapalały się jasne punkty latarni, co wyjątkowo nas zaciekawiło, a w szczególności Monikę, która rozważała perspektywę pracy polegającej na odnotowywaniu ilości i szybkości zapalanych się w dole lamp. Niezwykłą radość sprawiło nam odnalezienie na tej żywej mapie jasnych neonów hipermarketu Tesco i Hypernowa, eh... Ustawieni w szyku zjazdowym, po wyznaniach typu "kochałam was" i "to zaszczyt zginąć z wami śmiercią tak ekstremalną" oraz odpaleniu możliwe, że ostatniego fajka w życiu, zdecydowaliśmy się na pierwszy zjazd. Wszystko wydawało się już ustalone. Fantastyczna wizja pędu i poczucia bycia młodym-szalonym gotowała nam krew w żyłach, silniki naszych jabłuszek warczały złowrogo, gdy nagle okazało się, że mój nie działa!!! Chwila konsternacji, łzy napływające mi do oczu i nieśmiałe pytanie któregoś z ryzykantów, czy aby na pewno siedzę na dobrej stronie tego skomplikowanego urządzenia. No cóż... Rumieniec, jakieś teksty o ciemnowłosych blondynkach i jaaaaaaaaaaaaaaazda!!! I nie pytajcie skąd tytuł tego tekstu. Nie proście o psychoanalizę i wyrażenie metafizycznych refleksji o życiu i przemijaniu, to wszystko było zbyt proste, zbyt kolorowe i piękne. Jak cofnięcie się w czasie do lat beztroskiego hasania po łąkach i polach, kiedy przemoczone śniegowce nie znaczą nic, kiedy nie stać nas było na marchewkowy nos dla bałwana, a cały świat wydawał się być stworzonym dla tego rozpryskującego się wokół
naszej gnającej figury śniegu. Piski, krzyki, siniaki, przekleństwa, które znaczyły wtedy najpiękniejsze słowa świata, ciemność, wtórna socjalizacja i totalny infantylizm - eviva la jeunesse1!!! :) Po dziesiątym zjeździe zdecydowaliśmy się na stworzenie swoistej ciuchci i pędu w jedności wszystkich posiadanych ślizgaczy. Pomysł był genialny, emocje jeszcze większe, szczególnie gdy kierowca Kangurek nie wyrobił na zakręcie. Gdy już zrobiło się całkiem ciemno, wróciliśmy do schronu. A tam o naszych buntownikach-wędrowniczkach ani widu, ani słychu. Przebrani w suche ciuszki, zeszliśmy na wieczerze do sali, gdzie zasiadało jeszcze paru innych amatorów górskiego odpoczynku, ogień trzaskał w piecu, pani barmanka za darmo serwowała wrzątek, a z głośników dobiegały nas energiczne dźwięki "Asereje". W końcu powrócili tamci - zmarznięci, lekko wkurzeni zdobywcy Śnieżki. Atmosfera na szczęście wypogodziła się szybko. Jurek subtelnie nawalał w bongosa, my wcinaliśmy swoje zupki wymieniając się wrażeniami minionego dnia. Jak się okazało anegdotka o pijanym mieszkańcu schroniska na Śnieżce nie był w stanie przebić naszego entuzjazmu po ślizgach. Jurek dalej dawał czadu, na co uprzejmi panowie z plakietkami GOPRu poprosili go o chwilową pauzę, przynajmniej na czas kiedy wcinają swoje kotlety, gdyż im "kiszki podskakują", czy coś równie traumatycznego. Wsłuchując się w dźwięki muzycznego radia zdecydowaliśmy, że czas przenieść imprezkę do naszej celi i tam wzmocnić się nieznacznie różnymi POLSKIMI specjałami. Na szlaku obiecywałam, że tym razem część nocną wypadu wykropkuję, ale...:)
Wydarzenia nabrały tempa. Jeden, dwa, trzy - "szybciej, szybciej, szybciej", "jeszcze jeden", "ze mną się brachu nie teges?" - panowało ogólne rozweselenie, przyjemna dla ucha muzyka bębenkowa, jeszcze bardziej przyjazne dźwięki produkowane przez moje i monikowe gardło, ogólna samowolka i niestresogenne klimaty. Było ezoterycznie, oh Lord, i "Wspominam wiele asymilacji", była "Magda" i ogólnie Grabi and Muniek on the top. Spędziliśmy trochę czasu na daszku schroniska, skąd przepędziła nas strasząc strażą graniczną kierowniczka biura, tańczyliśmy tango i oczywiście poloneza (ciekawe co na to nauczyciele gdybyśmy podobnym krokiem zatańczyli 17 stycznia, hehe), przeprowadziliśmy parę mniej lub bardziej bolesnych konwersacji, np. z hip-hopem w niebieskiej bluzie słuchającym niemieckiej muzyki, któremu Aduś wykrzyczał w twarz porcję nietolerancyjnych hasełek - gość był twardy i wszystko przyjmował z uśmiechem. I co najciekawsze, o godzinie 22, czyli
regulaminowym początku ciszy nocnej, jakoś nikomu już sił na darcie się i podskakiwanie nie stało. Pamiętam, że chodziłam w przeciwsłonecznych okularach z pokoju na dach, ewentualnie na korytarz, a część ekipy spała zasłużonym snem ludzi przemęczonych patriotyzmem i pędem :) I wszystko trwało by tak w niezmąconej ciszy i siedmiu barwach tęczy, gdyby nie szaleńczy pomysł naszego kolegi z błyskiem księżyca w oku, drogiego Wacława, który doszedł do wniosku, że w zasadzie nic się już pewnie ciekawego nie wydarzy, a godzina 24 jest jak najbardziej odpowiednią na samotne pomaszerowanie do Szklarskiej Poręby. Na nic się zdały nasze szlochy, przekleństwa i próby pobicia (tutaj przeszkodą okazały się wspomnienia co do wspólnych wypraw po ołówki IKEA), Wacuszek podstępem poszedł sobie do domu. Ale, nie myślcie sobie nic złego!!! Wysłał nam smsa, że żyje, że ogólnie jest spox, a do autobusu ma bagatela parę godzin...
Kiedy już lekko uspokoiliśmy zachwiany stan układów nerwowych, posiedzenie przeniosło się na świetlicę, gdzie nienażarci zjedliśmy sos tatarski i chleb pozostawione przez anty-fanów uzdolnień muzycznych Jurka, panów przewodników (Pozdrawiamy i dziękujemy! Pan Wam to w niebie wynagrodzi!) Siedzieliśmy na parapetach - które na dole były jeszcze bardziej magiczne i wygodne jak w pokoju 112 - wspominając czasy młodości i ogólnego spokoju ducha. Dumni dotrwania aż do godziny drugiej (!!!) w osłabionym jednak nieco składzie, zdecydowaliśmy, że co jak co, ale mały odpoczynek się nam jak najbardziej należy. Noc jak noc. Nikt co prawda nie pukał do okien, staliśmy się jednak świadkami różnych migracji oraz popisów kamikadze w wykonaniu Wojtka Ł. któremu niestraszne jest spadanie z piętrowego łóżka na podłogę :)
Pierwsza pobudka decyzją jakiegoś tyrana odbyła się już o godzinie siódmej bajkowego poranka w górach. Po skonsumowaniu pozostałości kanapkowych, ewentualnym wypiciu doradzanych przez znawców, rozpuszczających się w wodzie środków wymiotnych firmy Bayer, ponownie, całkiem bezwiednie osunęliśmy się w krainę cynamonu i leśnych demonów. Śniłam o lataniu na odkurzaczu dookoła schroniska, gdy nagle brutalnie zmuszono mnie do powrotu w świat rzeczywisty. O godzinie 9:55, dokładnie w pięć minut przed zapisanym na rachunku czasem, kiedy należy opuścić pokój, średnio sympatyczna pani w zielonej koszulce, niszcząc sobie delikatną skórę na dłoniach pracownicy fizycznej, zadudniła w drzwi naszego królestwa. Najpierw stuk, potem unoszący się w pokoju bliżej nieokreślony zapach... tzn odór... tzn lepiej nie pisać co. Laska powiadomiła nas, że mamy się wynieść z pokoju - zza zamkniętych drzwi, gdyż mądra Edyta nie wpuściła znieczulonej jędzy do pokoju. Tak szybkiego działania półtrupów w życiu nie widziałam! Nasze gumowe nogi ciągnąc się daleko w tyle pomagały przy wyciąganiu kolejnych butelek i zatyczek spod iście więziennych prycz. Cud, o godzinie równo 10:15 byliśmy w stanie wpuścić inspektora do spraw zabrudzeń i markerowych wpisów pod materacami do środka. Takiej kontroli nie widziałam nawet na harcerskim obozie! Panienka darowała nam na szczęście przegląd plecaków i wolni (jak taczanka na stepie? :)) poszliśmy sobie na śniadanko. Chwila refleksji nad kubkiem smacznej kawy z automatu. Potem czapki na głowy i dalej jazda - dom, a co ważniejsze, koncert w Macedonii czekał!
Podróż, jak to bywa, mijała na usilnym przypominaniu sobie scenariusza minionej nocy: toastów, piosenek, paleniu - w pojedynkę,
w parach i nie wiem jeszcze jakich układach :), kręceniu butelką i różnym tego konsekwencjom, zabawą w chowanego, w ściganego, w lotnika i damę co nosi bombki na uszach. Cudownie ożywiony Adrianek co chwila chwalił się przed nami genialnym wynalazkiem jakim faktycznie na oblodzonej drodze okazały się raki - głośnym hukiem "RAAAAAAAKI" raczył nas do samego końca. Strzelaliśmy fotki, przemoczyliśmy buty (Olaboga, cóż za fatum i nieszczęście, olaboga! pozdro dla Szyszki, zwanej również Bezimienną - autorki strony z kategorii "wyżyna artystyczna" tak zwanego bloga) i szczęśliwie pokonując zielone, mokre i lodowe szlaki dotarliśmy do czekającego, jakby specjalnie na nas, busa za piątaka.
Teraz powaga.
Później był jeszcze koncert i moja "upupiona" mina nie przestawała być uśmiechniętą - a było to jak najbardziej pożądane i zamierzone!!! Pewnie będzie ciekawie wbić się w obcasy i krawaty i przez jedną noc udawać dorosłych ludzi na studniówkowym balu. Jeszcze piękniej będzie zapewne kiedy przyjdzie nam powziąć prawdziwie dojrzałą decyzję dotyczącą naszego przyszłego bytowania i przynależności społecznej ;)... Ale ja chyba póki co wybieram opcję swawolnej, niczym nie ograniczonej i dzikiej wyprawy pod szyldem Totalnej Asymilacji. Dzieciaki, ciąg dalszy w ferie?