"Z subiektywistycznego punktu widzenia, z wersji luźnej, z zachowaniem chronologii zdarzeń i oryginalnego słownictwa, historia asymilowania w górach, maj 2002."
Asymilacja, Kochani, żyła - od lipca 2001, żyje - czego dowodem jest na przykład ten tekst, i żyć będzie - bez komentarza, Amen!
"Opowiem wam o wyprawie w góry, która miała być całkiem normalną wyprawą (jeżeli z tymi ludźmi można robić rzeczy normalne), o wyprawie, na której nauczyliśmy się bardzo ważnej w życiu rzeczy. Czegoś, co sprawia, że człowiek odnajduje sens ludzkiej egzystencji, wartość przyjaźni, docenia piękno przyrody, nieograniczonych ludzkich możliwości, a także techno, meksykańskich trunków procentowych i kołderek w panterę. Opowiem wam o tym jak nauczyliśmy się Asymilować..." tak zaczyna się historia wycieczki, która dała początek całemu zamieszaniu (wyczekiwana :P publikacja w najbliższym czasie?) i kolejnym niepowtarzalnym wyjściom.
Krótkie streszczenie? Cóż, spontaniczna decyzja, niezdecydowanie, niepewne warunki atmosferyczne, mokre obuwie, wyłaniające się z mgły schronisko i kotły z zupą pieczarkową (tam nasze ciuchy nasiąkły jej cudowną wonią), próba oszustwa (oszukać chcieliśmy człowieka zwanego Pająkiem, który swoim tekstem "asymilować", powtarzanym co pięć sekund, zaraził nas wszystkich), spływ Drogą Przyjaźni, niezwykle dokładne górskie oznaczenia (gdybyście nie wiedzieli półtorej godziny to w górach to tyle co trzy), przekaźnik na Kotłach - widoczny z odległości aż jednego metra, ochota na położenie się w kosodrzewince i zdanie się na łaskę bożą-naprawdę nie wierzyłam, że dojdę gdziekolwiek, i piękny finał - łzy szczęścia i Odrodzenie. Eh, a potem działo się, ale to już zupełnie inna bajka.
Tym razem, opowiem wam o dwóch pięknych majowych dniach Roku Pańskiego
2002, kiedy to podstawa drużyny asymilacji wybrała się w góry.
Godzina 10:20, w moim pokoju rozbrzmiewa sygnał dzwonka telefonicznego, jakiś ***** wyrywa mnie ze snu. Efka :) Biorąc odpowiedzialność na siebie, prosi moją Mam o szybką pobudkę. Docieram do telefonu i dowiaduję się, że autobus odjeżdża po 13, mam się pakować, idziemy w góry! Początkowo wcale nie miałam na to wszystko ochoty. W końcu, po wykonaniu serii telefonów (uzgadnianie jakichkolwiek szczegółów z równie zdecydowanym i zorganizowanym Michałem-Kangurem :)), parokrotnym przepakowywaniu plecaka i szybkich zakupach na ryneczku, byłam gotowa. Na trasie w kierunku cieplickiego dworca spotkałam Ewelinę, Kubę i kuzyna Kuby, Michała. Po chwili czekania, naszym oczom ukazał się widok niesamowity, trzy maszerujące postacie z wielkimi czapami Żywca na głowach: Siła, oraz nasi wielcy webmasterzy, Adrian-YES i Kangur. Ekipa była w komplecie.
Autobusem formy Pekaes dotarliśmy do Szklarskiej Poręby, a stamtąd po różnego rodzaju zakupach (np. lizaków Czupa-czups rozmiar XXL, czy sakramencko dobry innych artykułów spożywczych), obiadku w fast-food barze "Eat&Go", pomaszerowaliśmy w stronę Wodospadu Kamieńczyk. Przyznam się, po zimie, wdrapanie się na tą zabójczą górę nie było takie proste, ale udało się. Zrobiliśmy parę fotek i ochłodzeni wiaterkiem nucąc "Sometimes I feel like a waterfall", czerwonym szlakiem pomknęliśmy pod górę w stronę Hali Szrenickiej. Atrakcji po drodze oczywiście nie zabrakło. Co jakiś czas napotykaliśmy turystów spragnionych orzeźwienia, którzy z nadzieją pytali właścicieli wypaśnych ;) czap, czy to może jakaś promocja. Potem Efka wpadła na pomysł chłodzenia się w leżącym przy szlaku śniegu. Adrian traktując pomysł bardzo serio położył się na nim, wyobraźcie sobie, gołą klatą, brrr .Gdy w oddali widać już było budynek schroniska, a zapasy Łysonia uległy wyczerpaniu, razem z Siłką zaczęłyśmy jeść śnieg. Od czasu do czasu trzeba było pluć jakąś igłą, czy kamyczkiem, ale generalnie był bardzo smaczny i co najważniejsze, zimny! Na Hali po zajęciu dwóch ław i piłkarzyków (na Asymilacji nr 1 stołów potrzebowaliśmy sześć), wypiciu buteleczki Coli, wciągnięciu (staram się jak mogę używać gwary asymilacji:)) śniadanka, zakupieniu wody pod tytułem Leśny Zdrój (bardzo bleee), udaliśmy się w dalszą podróż. Idąc podziwialiśmy widoki. Michał z Adrianem pozdrawiali wszystkich napotkanych turystów wykrzykując "dzień dobry", ewentualnie "hej", którego pozytywnego zabarwienia jakoś nikt się nie domyślił i na ryk dwóch Asymilantów, niektóre paniusie minę miały nietęgą. Yesiotr, co chwila zatrzymywał naszą grupę ze słowami "taka ciekawostka" i wskazując, np. jakiś głaz opowiadał losy jego powstania (hehe, skąd my to znamy? Dla niewtajemniczonych podpowiem, że to jedno z hasełek "pół-przewodnika, po prostu Jurka"). Słońce schowało się za chmury, a topniejący śnieg i całkiem poważny wiaterek, zmusiły nas do przywdziania cieplejszych ciuchów. Doszliśmy do wniosku, że chyba nigdy nie uda się nam zrobić wypadu z porządną pogodą. Adrian śmiał się ze mnie i Efki, że nawet doświadczenie totalnego przemoknięcia i zmarznięcia pierwszej Asymilacji, nie nauczyło nas niczego i również tym razem zaopatrzone byłyśmy tylko w bluzy (przynajmniej miałam lekki plecak, a marzłam tylko chwilę :P). O noclegi postanowiliśmy starć się w schronisku Pod Łabskim Szczytem. Na rozgałęzieniu szlaków odbiliśmy jeszcze na chwilę w stronę przekaźnika na Śnieżnym Kotle (na specjalne życzenia Yesika, który twierdził, że jak na złość, aura jeszcze nigdy nie pozwoliła mu na obejrzenie panoramy kotlinki w pełnej krasie). Po drodze Kuba odkrył ruchome piaski. Przy samym przekaźniku napotkaliśmy tylko wiatr-gwiździł niemiłosiernie, i samotnego pana, który z ciekawością przyglądał się nam stojącym na "ringu"(odgrodzonym drutem punktem widokowym), pod którym, jak twierdzi Siła, zakopani są rozstrzelani Niemcy. Widok stamtąd był śliczny. Chłopcy wygłosili prelekcję na temat moreny dennej i czołowej, jezior cyrkowych oraz skoku na bungee. Zaproponowano także konkurs, w którym przegrany miał się rzucić w przepaść-pomysł nie został zrealizowany. Po paru minutowym odpoczynku ruszyliśmy dalej podziwiać olbrzymie talerze satelitarne, które jak się dowiedziałam, są przekaźnikami rosyjskiego wywiadu. I jakże zawiedzione były nasze miny, kiedy wyczekiwany profesor Smoter w wielkich słuchawkach na uszach i urządzeniem skanującym wydającym różne ufo-dźwięki, zza roku jednak nie wyskoczył (pewnie akurat badał poziomy promieniowania z drugiej strony, ale dość tych dygresji). Wiało nadal i to coraz poważniej, dlatego ruszyliśmy w stronę ciepłego schronienia. Schodząc zamkniętym szlakiem buty przemoczyliśmy doszczętnie. Kuba z Michałem bardzo żałowali, że nie zabrali ze sobą nart, bo warunki faktycznie sprzyjały. Później wszyscy żałowaliśmy, że nie mamy ze sobą zjazdowych jabłuszek-na dole bylibyśmy na pewno szybciej, a jazda byłaby przednia. Cóż, jakoś doskoczyliśmy o własnych siłach i jak niektórzy, własnych siłach i paru śrubach ;) Wpadliśmy do sali kominkowej budząc powszechne zainteresowanie (może w powodu żywcowych kapeluszy, może późnej godziny, a może po prostu jesteśmy tak interesujący). Niezwykle niesympatyczna pani o trzech zębach (właścicielka placówki, pretendentka do działu TA "wybryki natury", kobieta, która uczyniła z nas kryminalistów) poinformowała, że noclegów brak(!), że idąc w góry zakwaterowanie się wcześniej rezerwuje i takie tam bla bla bla. Wyszło na to, że przyszliśmy tutaj "na sępa" z wyraźną ochota przekimania na podłodze. Na nic zdała się legitymacja członkowska TA. Kierowniczka powiedziała, że się zastanowi, co z nami zrobić. My, "podłamani" ;) wynikła sytuacją Asymilanci, udaliśmy się do bocznej sali na wieczerzę. Przyznam się, zbluzgaliśmy panią o trzech zębach (dolnych) okrutnie. Na stoły wysypała się różnego rodzaju dobra smacz (ciekawe czy pająkowe "asymilować" powtórzone zostało równie wiele razy jak nasza "smacz", szczerze wątpię): czojsy-czyli zupki chińskie firmy kim-lan, woda z Leśnego Zdroju, kanapki, kabanosy i bochen, oraz serwowane przez szefa tamtejszej kuchni, wątpliwego wyglądu flaczki i gorące kiełby. Zajmując trzy stoliki, odstraszyliśmy swoją głośną konwersacją bardzo kulturalną parkę turystów, która próbowała czytać Stwierdziliśmy, że bardzo miło byłoby spać w tym cieplutkim pomieszczeniu, że trójzębna kierowniczka zrobiła wiochę-w całym schronisku wstawione są plastikowe okna (eh).