Opowiem wam o wyprawie w góry, która miała być całkiem normalną wyprawą, (jeżeli z tymi ludźmi można robić rzeczy normalne), o wyprawie, na której nauczyliśmy się bardzo ważnej w życiu rzeczy. Czegoś, co sprawia, że człowiek odnajduje sens ludzkiej egzystencji, wartość przyjaźni, docenia piękno przyrody, nieograniczonych ludzkich możliwości, a także techno, meksykańskich trunków procentowych i kołderek w panterę. Opowiem wam o tym jak nauczyliśmy się Asymilować!
Nie pamiętam dokładnie jak to wszystko się zaczęło. Ktoś rzucił chyba hasło wyjścia w góry. Kolejny wypad do chatki, (które to wypady staja się swojego rodzaju tradycją), ewentualnie innego schroniska. Ludzie dowiedzieli się o planach w dzień przed samym wyjazdem. Nikt nie był przekonany, czy idzie, czy ma kasę, czy ma ochotę i w końcu, czy to wszystko w ogóle wypali.
Na spotkanie koło muszli, na którym mieliśmy obgadać chociaż zarys trasy, pojawiły się aż dwie osoby-ja i Monika. Kangur coś tam marudził, że ma jazdy (samochodowe jakby ktoś miał wątpliwości:)), a Adrian sprawę po prostu olał. Zdecydowane na wyjazd, nie miałyśmy ochoty się poddać. Zaatakowałyśmy Yesika na jego własnym podwórku (z okien dolatywał nas głos, jak go właśnie Adrian później określił, nawiedzonego ćpuna Morrisona) sam Yesik natomiast, razem z Adasiem, zabawiali się jakimiś kołami, dętkami, czy innym tego typu sprzętem. Co tu dużo opowiadać, wkurzyłyśmy się. Ignorujący sprawę Adrian dał nam wyraźnie do zrozumienia, że ma wszystko gdzieś i z przyjemnością dostosuje się do wskazówek innych.
Wykonałyśmy zatem parę telefonów i zapadła decyzja... Wyruszamy! Do zobaczenia na przystanku PKS. Bierzcie kasę, żarcie i jakiś ludzi... Póki co wycieczka zapowiadała się na TOTALNĄ... klapę.
Godzina 10, przystanek PKS Marcinkowskiego-Warsztaty. Na ławkach porozkładani rozespani ludzie w składzie Efka, Siła, Michał-Kangur, Adrian i ja. Wtoczyliśmy się do autobusu. Na Orlim dołączyła do nas Monika, a w Sobieszowie niespodzianka, do eskapady przyłączył się lider grupy The Lords - Pająk, od którego zaczął się cały ten bałagan z asymilowaniem.
Jazda autobusem (bleeeee....) i wysiadka w Jakuszycach (tym razem bez wypadów do Czeskiej Republiki).
Zaczął się szlak i nasza wielka przygoda. Początkowo nawet nie było mokro. Maszerowaliśmy grzecznie pod górę, opowiadając sobie anegdotki z wakacji. Świeciło piękne lipcowe słońce i nic poza wcześniejszymi prognozami w TV (kto by takim wierzył?!?) nie zapowiadało pogorszenia warunków atmosferycznych. Święcie byłam przekonana, że moje trampeczki, które wyśmiała napotkana po drodze bezczelna Jagodziarka, są obuwiem odpowiednim na górską wycieczkę... cóż. Babuleńka, która dewastowała krzaczki granatowych owoców bardzo nieprzepisowym urządzeniem, życzyła nam miłego dnia, a poza tym, przepowiedziała potoki błota, opady i temu podobne atrakcje. Czarnowidztwo kobiety nie zepsuło nam jednak świeżutkich dobrych humorów. Zielonym szlakiem powędrowaliśmy dalej. Sucha polna ścieżka skręciła do lasu, w plątaninę zielonych gałęzi i korzeni. Wkroczyliśmy w strefę chłodnego cienia i nieciekawie miękkiego podłoża. Tak zaczęły się nasze "schody". Co chwilę słychać było urocze "kur..." kiedy któreś z nas dostało po twarzy odginaną przez sąsiada gałęzią, nastrojowe "ja pier..." kiedy buty zaczynały się zanurzać w ścieżce tak na wysokość kostki, czy dźwięczne "ciebie chyba poje...", gdy Adrian zdecydował, że szkoda mu nasączać buty błotem i zaczął iść na bosaka. Pająk, podziwiając życie leśnych stworzeń, czy coś równe fascynującego, powtarzał swoje hasło "asymilować" z częstotliwością jednego słowa na minutę. Po jakimś czasie asymilować chciał już chyba wszystko i wszystkich.
Początkowo na trasie fatygowałam się żeby skakać po kamieniach i wystających kawałkach suchego lądu, później, zatopiona po kolana, zrezygnowałam z tego zabiegu. Po niecałych trzydziestu minutach, przemakalne i nieprzemakalne buty chlupotały wszystkim radośnie. Nie traciliśmy jednak zapału. Nasza wyprawa nabrała charakteru. Przebijaliśmy się przez gęstwinę dalej. Pojawiły się wysokie trawy i mokre spodnie, westchnienia w stylu "Szkoda, że nie mam zapasowych", na niebie natomiast piękne odcienie czerni, granatu i szarości. Zaczęliśmy nieśmiało wyciągać z plecaków przeciwdeszczowe gadżety. Pokazała się mgła, temperatura spadła o parę stopni i wszyscy zaczęli się rozglądać wokoło szukając tego, kto wybrał termin na wyprawę. Atmosfera panowała jednak nadal przyjazna. Po krótkim czasie, widoczność była tak mała, że nie mam pojęcia jak wyglądały miny innych ludzi, wiem jedno, że moja była nieciekawa. Wiatr przyspieszył, prawie wszystko mieliśmy mokre, schronisko znajdowało się gdzieś hen hen daleko, nawet nie bardzo wiedzieliśmy, w którym kierunku. Mokre rzeczy przylepiały się do ciała, prąd w strumyku, którym zaczęliśmy podążać okazał się zbyt mocny. Przestaliśmy chyba nawet gadać. Każdy chciał jak najszybciej dojść w suche miejsce. Po drodze wpadłam na genialny pomysł zapakowania nasiąkniętego woda śpiwora do plecaka Michała, i kiedy towarzystwo się oddaliło, nie wiedzieliśmy, w którym podążyć dalej kierunku. Jak się okazało przeszliśmy parę metrów w przeciwnym. W końcu, skacząc po polu zarośniętym szczawiem, czy tez może burakami, dojrzeliśmy w oddali zarys budynku. Nareszcie! Wpadliśmy na Halę budząc ogólne zainteresowanie. Zajęliśmy na sali jakieś 6 ław, zrzuciliśmy kilogramowe ładunki, mokrzy i szczęśliwi zażywaliśmy odpoczynku. Po zakupach w sklepiku (z wrzątkiem darmowym!) zapytaliśmy niezwykle sympatyczną panią, która tam obsługiwała, czy nie ma możliwości jakiegoś wysuszenia naszych ubrań (kaloryfery były zakręcone, brrr). Zgodziła się zabrać nasze ciuszki na kocioł. Chwała jej za to. Szkoda tylko, że nie wspomniała o gotującej się wewnątrz zupie pieczarkowej, której wonią przesiąkły ciuchy na długi czas. Bardziej suche też nie wróciły. Jedyny pozytyw całego pomysłu, to chyba tylko fakt, że wróciły ciepłe. Nasza grupka poza oryginałami uwielbiającymi masaż i błotne okłady stóp, posiadała jeszcze w zastępie pomysłową Efkę, zaopatrzoną w suszarkę!!! Owe małe urządzenie, aż do przegrzania drucików, suszyło moje i Efki obuwie, tak, że kiedy włożyłam je ponownie na nogi, wydawały się całkiem suche (przez jakieś 10 metrów). Nawiązała się ciekawa dyskusja co do przyszłości naszej eskapady. Zaopatrzony w gitarę i czapeczkę Pająk najgłośniej proponował asymilowanie schroniska na Hali. Reszcie pomysł pozostania w tym smutnym miejscu nie spodobał się. Założyliśmy, że dojdziemy do Odrodzenia, rzeczy i tak mieliśmy mokre, więc... Oponent uparcie asymilował swoje veto. Po cichej naradzie zdecydowaliśmy się pójść na Odrodzenie. Awaryjnym wyjściem miało być odbicie na Łabski, które to schronisko jako punkt docelowy przedstawiliśmy niezadowolonemu koledze. Jednym słowem, zhańbieni kłamstwem, załadowaliśmy mokre plecaki, przywdzialiśmy przemoknięte nieprzemakalne buty i kurtki, Monika swoje fantastyczne niebieskie Ponczo, Efka chwyciła w dłoń pasiastą parasolkę i ku zdziwieniu wylegiwujących się na ławeczkach emerytów, ruszyliśmy w dalszą drogę, tzn... spływ Drogą Przyjaźni.
Mgła, piętnaście stopni, deszcz, wicher z południa, a przed nami niezły kawał drogi. Kolejnym "ułatwieniem" okazała się później również i pora dnia, kiedy to maszerowaliśmy po śliskich skałach nad przepaścią Śnieżnych Kotłów, atakowani przez grad (!!!) i zaczęło się ściemniać. Widoczność pozwalała mi dojrzeć rozmazany obraz pleców osoby podążającej przede mną. Wiatr na szczęście zmienił kierunek i nie powpadaliśmy do kotłów, jak nieszczęsna parasolka, która tyle zrobiła dla nas dobrego! W pewnym momencie popadliśmy w jakiś rodzaj transu. Posuwaliśmy się w niesamowicie szybkim tempie, nikt nic nie mówił (chyba, że modlitwy pod nosem). Wiatrzysko hulało, sznurki od plecaka i kurtki waliły mnie niemiłosiernie po twarzy, a każdy krok po śliskiej płycie kamienia napawał mnie grozą skręcenia kostki. Nawet nie wiem kiedy, ekipa podzieliła się na parę części. Pająk (chyba Topik:) pomknął z przekleństwem, gitarą i mokrymi paczkami fajek do przodu. Adrian, który pomimo warunków i tak nie zapomniał o tym, że po górach najlepiej przecież (wrrr...) biegać, Monika i Efka podążali gdzieś za Nim. Na samym nieszczęsnym końcu wędrowały tradycyjnie już kontuzjowane biedulki Siła i ja, oraz nasz cierpliwy na jęki i wyklinanie opiekun, Kangur. Boże mój! To była masakra! Nie wiedziałam gdzie idę i czy zaraz się nie zabiję. W którymś momencie, kiedy to wszystko całkiem przestało nas śmieszyć, zdecydowana byłam walnąć się w kosodrzewinkę i zakończyć tam już żywot. Teraz tylko można się śmiać... ale wtedy. Michał, który co chwila krzyczał do nas, że "jeszcze tylko kawałek", był tak pomysłowy, że nie zwracał nam uwagi na mijane po drodze górskie znaki. W momencie, kiedy miał być właśnie "jeszcze tylko kawałek", minęliśmy znak Odrodzenie-1,5 godziny...Generalnie, oznaczenia w górach, szczególnie po czeskiej stronie, są beznadziejne. Znak "5 minut do Spindlerowej Boudy" mijaliśmy ze trzy razy. Nie widzieliśmy, czy Ci przed nami jeszcze idą, i czy w ogóle idziemy w dobrym kierunku. Prawie czarna noc zastała nas przy oznaczeniu bliskości jakiegoś cywilizowanego miejsca. Kiedy w ciągu dnia stanęliśmy w tam, aż zdziwienie brało, jak straszna musiała być pogoda, że nie widzieliśmy budynków oddalonych od szlaku o jakiś metr. Mijaliśmy posterunki straży, jakieś składy i trzygwiazdkowy hotel, z którego wynieśliśmy się napotykając wymowne spojrzenie pani recepcjonistki. Nasze pragnienie znalezienia się na miejscu było tak wielkie, że pomimo lądowania przy samym finiszu na śliskiej trawie i całkowitego przemęczenia, trasę 6 minut do schroniska, przebiegliśmy w jakąś minutę. Wpadając na Odrodzenie, czułam tylko ogarniającą radość i ciepło... łez szczęścia :) Reszta drużyny zdążyła już wygodnie porozkładać się na ławach, załatwić ośmioosobowy pokój (nr 1) i pozamawiać pyszne gorące ziemniaczki z ketchupem. Przypominająca koszmar część wyprawy była za nami.