Dzieci nie róbcie tego same w domu, czyli Totalna Asymilacja w wersji extreme.
(tekst nie ma charakteru edukacyjnego)
Pisząc artykuł o pierwszej wyprawie Asymilacji, wspomniałam na końcu, że podczas kolejnych wypadów, oczekujemy naprawdę mocnych wrażeń. Trzydniowe wyjście w góry z okazji pierwszych urodzin TA, całkowicie przerosło nasze oczekiwania... działo się wiele... bardzo wiele...
Świętowanie rocznicy pamiętnej wyprawy 20-22 lipca 2001, planowaliśmy już od dawna. Co jak co, ale tej okazji nie można było przegapić. Początkowo nikt się nie spodziewał, że uda nam się powtórzyć wycieczkę dokładnie w rok po pamiętnych przygodach na szczytach Karkonoszy. Decyzja o wyjściu 21 zapadła jak zwykle, spontanicznie.
Zainteresowani i obecni Asymilanci, których z racji wakacyjnych wyjazdów było niewielu, pojawili się na pekaesowskim przystanku "Warsztaty". Wśród koczujących na ławce osobistości nie zabrakło weteranów Asymilowania, tj. szanownych Siły, Yesika, Kangura i Błaszczyka, oraz trzech całkiem świeżych amatorów wędrowania, absolwentów kochanego Norwida, Anki, Patrycji i Cichonia. Aha, zapomniałabym o sobie.
Jako, że nasza wyprawa obyła się jako oficjalnie "sponsorowana" przez TA, Kangur obkleił nas naklejkami z jej adresem i fantastycznym logo (trzy niby zaśnieżone górskie szczyty). Tak przygotowani, załadowaliśmy się z plecakami do autobusu. Po drodze w Szklarskiej dołączył do nas Wacław. W takim składzie, podróż zakończyliśmy w Jakuszycach i pełni zapału, posunęliśmy w stronę granicy. Dzień, pomimo paru kropel deszczu, zapowiadał się wspaniale.
Do Czech udaliśmy się oczywiście na zakupy. Wspominając rok ubiegły (eh, jacy my sentymentalni jesteśmy) postanowiliśmy zaopatrzyć się w Tequile. Jak wiadomo, polska młodzież z reguły zbytkiem pieniędzy nie grzeszy, dlatego zakupiliśmy trunek raczej mało burżujski. Kiedy zobaczyłam jak wyglądała butelka, przeraziłam się! Szkło jak po occie, etykieta drukowana gdzieś w piwnicy, a na niej uroczy Meksykaniec wołający "Ole!" - destylowane z tequila... cóż. Załadowaliśmy na plecy jeszcze trochę obciążenia w postaci wyrobów ulubionej firmy TA (patrz lewy dolny róg na stronce), i ruszyliśmy w dalszą trasę. Zegarki wskazywały mniej więcej trzynastą godzinę.
Pokonaliśmy odcinek trasy wzdłuż ulicy, a potem, jak tradycja nakazuje, skręciliśmy na zielony szlak w stronę Hali Szrenickiej. Tym razem, zamiast pani Jagodziarki, napotkaliśmy grupę podejrzanie wyglądających osobników, jak zadecydowała grupa - inwestorów planujących wybudować w górach supermarket. Mam nadzieję, że dopadły ich po drodze jakieś wilki... buhaha, ale do rzeczy.
Pogoda sprzyjała i wędrowało się bardzo sympatycznie. Czas mijał na prowadzonych, mniej lub bardziej poważnych dyskusjach. Razem z Siłką i Kangurem zamykaliśmy pochód, spieszącej się nie wiadomo gdzie ekipy.
Pokonując ten malowniczy i średnio w tym roku namoknięty odcinek drogi, szczęśliwie dotarliśmy do schroniska.
Tam, w ramach umilania czasu turystom, rozsiedliśmy się na schodkach. Tomaszek wyciągnął gitarę i wydzierając się w niebogłosy, daliśmy bardzo przyjemny koncert. Główny repertuar tego wypadu to: pidżamowe "Laski", "Welwetowe swetry" i "Ciemne jest jak tęcza", a poza tym "Noś długie włosy", "Chryzantemy złociste" i ulubiony kawałek gitarzysty pt. "Szatan". Miny siedzących dookoła miłośników gór były różne; od wyraźnej bulwersacji (czyżby to przez ten fragment "zdradziłaś kotku mnie.." ;)) do prawdziwego uwielbienia, np. milutkiej parki, która uwieczniła nas na fotkach! Przy schronisku na Hali spędziliśmy trochę czasu. W ruch poszły pierwsze trunki i kanapki, a Kangur z Yesem obkleili mapę przed budynkiem firmowymi nalepkami. Trzeba się jakoś reklamować! W końcu ruszyliśmy w dalszą drogę.
Plany w zasadzie były już ustalone. Proponowana trasa odbiegała od zeszłorocznej; celem podróży miała być położona gdzieś tam het, het daleko, Chatka AKT. Jak wskazywały mapy i doświadczenie niektórych, należało przyspieszyć, jednak jakoś nikt się do tego nie zastosował. Minęliśmy Szrenicę, i dalej Drogą Przyjaźni, doszliśmy na wysokość naszego ukochanego schroniska Pod Łabskim Szczytem, ze szczególnie uwielbianą jego gościnną właścicielką (o tym jak doświadczyliśmy jej miłości, patrz tekst "Z subiektywistycznego..." - po reklamie). Najbardziej przywiązani do tego miejsca, Siła, Kangur, Yesik i ja, zdecydowaliśmy się odwiedzić kierowniczkę. Reszta rozłożyła się z obozem na łączce i napawała się słodkim odpoczynkiem. Na dole spotkała nas przykra niespodzianka, szefowa nie wyłoniła się zza baru. Co niektórzy śmiertelnie głodni zamówili sobie kiełbę i po jakimś czasie, wypoczęci ruszyliśmy w dalszą drogę. A do przejścia było sporo.
Ten odcinek trasy przebiegał w lekko napiętej atmosferze. Od AKT dzieliły nas całe dwa Śnieżne Kotły, potem jeszcze Czarny Kocioł i mało nam znana trasa dojścia do Chatki. Niektórzy starali się moralizować bardziej "wyluzowanych" członków drużyny. Ludzie wyzywali się od "kangurów" - chyba dlatego, że nasz drużynowy webmajster świadomy odległości poganiał resztę, Błaszczyk pośpieszał Siłę, która kazała mu się nie denerwować - "mamy czas" :) Niektórym jednak spieszyło się bardzo i w taki sposób podzieliliśmy się na dwie grupy. Koniec tradycyjnie stanowiła silna ekipa ;) litujący się Michał z Cichoniem, oraz oczywiście Siła i ja. Raz, udało nam się w całym składzie spędzić urocze chwile, siedząc na skałkach któregoś z kotłów i podziwiając zachód słońca. Jej, jak było ślicznie!!! Ale zaczęło się ściemniać...
Ekipa znowu uległa podziałowi. Minęliśmy pierwszy kocioł, w którym eks-maturzysta udzielił nam parę praktycznych uwag apropo zdawania ustnego egzaminu dojrzałości. W drugim zrobiło się trochę smutniej, odezwała się boląca noga Siłki. Atmosferę rozładował jednak Cichoń, który w przypływie rodzicielskich uczyć, szczerą i tragiczną miłością pokochał pływającą po stawie malutką kaczuszkę :) Eh, co to był za słodki widok, kiedy wzruszony do granic, karmił kaczuszkę bułką prosto z ręki. Myślałam, że umrę ze śmiechu! Wzburzony Tomasz oświadczył mi i Kangurowi, że nie znamy się na prawdziwym uczuciu, oraz, że kaczuszka, przez wzgląd na jednego sympatycznego kolegę, będzie się odtąd nazywała Łukasz ( rotfl;). Po jakimś czasie doszła do nas Katarzyna i zalani łzami pognaliśmy dalej (łzy Cichonia, który ubolewał, że musi opuścić swojego pupila oraz całej reszty, która płakała ze śmiechu). Gdy opuszczaliśmy drugi kocioł, niebo nabierało coraz ciemniejszej barwy. Nastroje panowały jednak nadal "luźne" - "przecież to jeszcze tylko chwileczkę"...
I tak chwileczka przemieniła się w mijające godziny. Szliśmy i szliśmy, a końca trasy nie było wcale widać. Gdzieś na początku nowego szlaku, spotkaliśmy się wszyscy i w trochę zmienionych składach, słusznym tempem, ruszyliśmy w dalszą drogę. Kangur cichaczem sprawdził mapę i pomimo coraz większej ciemności, dojrzałam jego nieciekawą minę. Przed nami drogi było od cholery i jeszcze trochę. Która mogła być godzina? 21, 22?...
Górskie ścieżki przebiegały teraz lasem, pomiędzy drzewami, wykładane drewnianymi belkami, śliskie i coraz mniej widoczne. W pewnym momencie, opanowały nas prawie że zupełne ciemności. Rok, który minął od poprzedniego koszmaru powodzi i wichru, nauczył mnie jednego - śmiać się w najbardziej niebezpiecznych momentach :) A co tam... jest ciemno, nie wiem ile drogi jeszcze przed nami, Błaszczyk i Siła bluzgają na siebie nawzajem (ten pierwszy z zapałem powtarza swoje "a nie mówiłem")... jak tu się nie śmiać? W którymś momencie razem z Anką i Patrycją doszłyśmy do wniosku, że praktycznie to już nam wisi, czy idziemy dalej, czy nie, i możemy się rozbić obozem już teraz, na zielonej podmokłej leśnej łące... Czoło ekipy w postaci Yesika, zdecydowało jednak, że idziemy dalej.
Dopóki nie doszliśmy do czarnego szlaku biegnącego z Jagniątkowa w górę, widoczność była jeszcze jako taka. Ponad szczytami na niebie świecił ogromny jasny księżyc i dodające uroku migocące gwiazdy, co pozwalało iść w miarę pewnie... na razie!
Szlakiem przeszliśmy kawałek w dół aby dojść do tajemniczo pochylonych brzózek, wskazujących miejsce wejścia do lasu prowadzącego w stronę AKT. Jeżeli na zielonym szlaku z kotłów było ciemno... w lesie widoczność była po prostu zerowa. A godzina 24...
Pierwszą przeszkodę stanowiło pokonanie małego strumyczka. Szczęśliwie, wspierając się nawzajem, pokonaliśmy go, wchodząc niepewnym krokiem w głąb czarnej, nieznanej dla większości trasy. Wcześniej AKT odwiedzili tylko Adrian i Michał, i to oczywiście oni prowadzili. Odważnie wspomagał ich również Wacław, który gitarą badał grunt pod nogami ;) Było czarno. Dróżka była mokra, pełna korzeni, kamieni i paproci, które w ciemnościach stanowiły śmiertelne przeszkody. Posuwaliśmy się w iście żółwim tempie. Miejsce postawienia nogi najpierw trzeba było sprawdzić, wyczuć, żeby nie wylądować boleśnie gdzieś w krzakach albo strumieniu. Upadków i rzucanych przekleństw chyba nikt nawet nie liczył. Trochę pomagaliśmy sobie trzymaniem się za ręce, czasami przeszkadzało to jednak tylko w łapaniu równowagi. To była "jaaaaaazda". Na szczęście wszyscy mieliśmy jeszcze siły na nabijanie się z własnej głupoty: "O takich jak my to się w telewizji mówi!!!", "Przed takimi debilami przestrzega się dzieci!!!", "Chcieliście mocnych wrażeń? Na życzenie", "A nie mówiłem?" "Jesteśmy całkowicie nieodpowiedzialni!!!"...